.

Katarzyna Anna Urbanowicz: rozmowy ze stadatem – Awaria

(stadat – człowiek starej daty)

.

Któregoś ranka moja sąsiadka z pokoju (ta która bez przerwy spała) przysiadła się do naszego stolika. Widać wyspała się już za wszystkie czasy i zaczęła się nudzić. Moja druga współmieszkanka zaprzyjaźniła się z inną panią, a jej, widać wydawało się łatwiejsze włączenie w towarzystwo moje i stadata niż rozbijanie parki nierozłączki.

Nie powiem, żeby mnie to ucieszyło. Wręcz przeciwnie – byłam wściekła. Zdecydowałam się już opowiedzieć stadatowi o moich kłopotach i prosić go o radę, a tu taka przeszkoda… Ale nie miałam przecież monopolu na stadata i chcąc, nie chcąc wypadało mi być przynajmniej uprzejmą.

Sąsiadka zabrała się do rzeczy ze znawstwem. Jednym rzutem oka zdoła zapewne ocenić stadata i uznać, że on tu jest najważniejszy, wobec czego mną nie musiała się przejmować. Swoją rolę odgrywała znakomicie. Miała bezsporny dar zadawania pytań i słuchania z uwagą odpowiadającego mężczyzny. Całym swoim zachowaniem dawała do zrozumienia, jakim ogromnym odkryciem dla niej jest to, co on mówi. Chociaż prawdę mówiąc przy tym śniadaniu stadat nie mówił niczego nadzwyczajnego, co by zasługiwało na taką uwagę. Jak jednak każdy mężczyzna, podbudowany zainteresowaniem słuchaczy, rozwijał swoją elokwencję, a ona słuchała, jak to się mówi, z zapartym tchem… Złość we mnie rosła, jak patrzyłam na tego, w końcu niegłupiego i doświadczonego człowieka, który dawał się wodzić za nos idiotce nie mającej o niczym zielonego pojęcia. Ja bym spaliła się ze wstydu, gdybym nie wiedziała, co to jest algebra Boole`a i jakie są jej zastosowania, ale jej nie przeszkadzało to zrobić minę słodkiej idiotki i przekrzywiając głowę wdzięcznym ruchem pytać z zaciekawieniem:

— A kto to był Boole? 

Stadat zaczął jej tłumaczyć dokładnie i przystępnie, a ona z uśmiechem wdzięczności potakiwała mu co chwila i od czasu do czasu dodawała:

— Wie pan, jestem strasznie głupia w tych sprawach… Ale naprawdę nigdy takie rzeczy mi do głowy nie wchodziły. Pan pierwszy potrafi to tak tłumaczyć, że wszystko rozumiem bez trudu…

Rozumie! Patrzcie ją! Tylko głupi mężczyźni mogą w takie cuda wierzyć. Ja nie!

Nie wypadało mi jednak zrobić nic takiego, co by ją odstraszyło. Początkowo mieszałam się trochę do rozmowy, ale wkrótce przestałam. Jak było do przewidzenia, stadat zaproponował jej, żeby spędziła z nami przedpołudnie. Tym razem (oczywiście) był na tyle przewidujący, że zdążył uprawomocnić najlepszy kącik, jaki w ogóle był na rakiecie, a mianowicie dziką plażę z palmami i ciepłym morzem. Woda pluskając obmywała przybrzeżne kamyki, krzyczały morskie ptaki. Na zamglonym horyzoncie delfiny wyskakiwały ponad fale i jak na zwolnionym filmie opadały wśród białych rozbryzgów. Na pomoście z desek pachnących dziwnym egzotycznym zapachem rozłożone były miękkie. puchate koce. leżały kolorowe ręczniki. W termosie parowała kawa pachnąca rodzynkami i jakimiś nieznanymi ziołami, w drugim chłodził się sok ananasowy.

Moja sąsiadka zdążyła przebrać się w modny kostium kąpielowy i rozłożyła swoje wdzięki na kocu z niedbałą łagodnością. Dla mnie była trochę przygruba, ale kto tam zgadnie męskie gusty! Jak wyśmienity strateg zajęła taką pozycję, że biednemu stadatowi niewiele zostało miejsca, jeśliby chciał zachować między nią, a sobą określoną odległość. Za to ja miałam miejsce aż nadto.

Zła byłam na stadata, że nie dostrzega tych gierek, w końcu mocno prymitywnych, które dla każdej kobiety były aż nadto widoczne. Jednocześnie niepisana damska solidarność nie pozwalała na ośmieszenie takiej osoby, o ile nie miało się do mężczyzny jasno określonych, wyraźnych praw. Ale takie słodkie idiotki wiedziały dobrze kogo wybrać i z góry były pewne, że dziewczyny mojego rodzaju w niczym im nie przeszkodzą. Wychodziło więc na to, że największymi głupkami w takim układzie zostawały osoby takie jak ja. Nie licząc oczywiście mężczyzn, ale znowu niepisane reguły gry nie przewidywały, że którakolwiek z kobiet mogłaby takiego pana uświadomić co i jak, i na jakiego durnia wychodzi. Pewnie dlatego, że tak to właśnie było wygodnie.

Postanowiłam więc zająć się czymś konkretnym. Ale co można robić na plaży konkretnego? Odchodząc ośmieszyłabym się, więc musiałem zostać. zresztą nie byłam zakochana w stadacie i właściwie nie miałam powodu tak się złościć. Nagle wpadła mi do głowy genialna myśl:

— Wie pan — powiedziałam do stadata — moja sąsiadka nie słyszała jeszcze żadnej z pana opowieści. Mógłby pan nam opowiedzieć o czymś, co zainteresowałoby nas obie jednocześnie — dodałam. podkreślając tym samym różnicę między mną, a nią.

— Nie wiem, czy tę panią zainteresują moje opowieści  —krygował się stadat, jakby mu ubyło ze dwadzieścia lat.

— Proszę opowiedzieć — namawiałam go. Obiecał pan powiedzieć coś o badaniach tego swojego znajomego…

— Myśli pani o „neuronach zbrodni” czy „cechach ofiary” ?

— Tak właśnie o tym. Zdawało mi się kiedyś, że ten kierunek badań został dawno zarzucony, a nawet wyśmiany… Chyba z przyczyn więcej ideologicznych, jak intelektualnych, ale w końcu badania także nie potwierdziły istnienia determinantów charakterów ludzkich w takim zakresie…

— Może w tych przypadkach akurat nie. Ale wielu innych tak. Właśnie takimi przypadkami, nie badanymi zupełnie do tej pory zajmował się mój znajomy…

Sąsiadka poczuła się zagrożona. Natychmiast musiała sprowadzić rozmowę na mniej śliski dla niej temat.

— Jak nazywa się ten pana znajomy?

Podał jej jakieś nazwisko, ale było oczywiste, że jej nic ono nie mówiło, ani do niczego nie było potrzebne. Ponieważ na pewno nie wiedziała, co to są neurony, a w dodatku neurony zbrodni, byłam pewna, że o cechach ofiary także nie słyszała zbyt wiele, z ciekawością czekałam na to, jak wybrnie z tego dylematu. Ale była sprytniejsza, niż myślałam. Wdzięcznie przeciągnęła się na kocu i powiedziała:

— Ja też miałabym czasem ochotę kogoś zamordować…

— A kogóż to? — spytał stadat z zainteresowaniem.

— Rozmaitych ludzi… Pana na szczęście nie…

— Cieszę się bardzo. że jest pani taka miła dla mnie…

Słuchanie tego dalej było ponad moje siły. Ubrałam się więc w sukienkę, zebrałam swoje rzeczy i powiedziałam z miłym uśmiechem:

— Wybaczcie, ale na mnie już czas…

Stadat spojrzał na mnie badawczo. Sąsiadka wdzięcznym ruchem odgarnęła spadające na szyję i ramiona włosy, tak, aby przy ruchu tym rysował się ponętny rowek w wycięciu stanika, udając, że moje odejście jest jej zupełnie obojętne. Byłam jednak pewna, że cieszyła się z mojej ucieczki.

— Proszę zostać jeszcze chwilę; pójdziemy wszyscy razem — powiedział stadat, ale robił to tylko z grzeczności. On też cieszył się, że pójdę sobie. Pokręciłam przecząco głową dodając:

— Zobaczymy się przy obiedzie…

Stałam na skraju pomostu, kiedy nagle wszystko zadrżało. Jakby dreszcz przebiegł drewniane deski, piasek plaży i gorące upalne powietrze. Woda zafalowała gwałtownie. Ogromna kula słońca zamigotała, roz błysnęła parę razy i zgasł. Ciemność, przerażająca i zupełnie nieprzenikniona zapadła dookoła. Zgasły powiewy wiaterku. ulotnił się gdzieś nieuchwytny zapach egzotycznego drzewa i ziół. Znajdowałam się w gęstej, gorącej, kleiste i nieruchomej masie powietrza. Jedynym, co wiązało mi z otaczającym światem, były mokre, wyślizgane deski pod bosymi stopami.

Byłam sama, tak przerażająco sama, jak nigdy w życiu. Nie istniał stadat, nie było mojej sąsiadki; w całej, okropnej, pustej przestrzeni nie było nikogo. Chciałam krzyczeć, biec gdzieś, ale nie mogłam się ruszyć z miejsca, a ze ściśniętego gardła, jak w obłędnym śnie, nie chciał wydobyć się żaden dźwięk. Jakieś skrzeczenie, które narosło w nim nie miało wystarczającej siły, aby przebić to ohydne, kleiste powietrze. Rozczapierzonymi palcami schwyciłam skraj deski pomostu i poczułam ulgę. Krzyk z gardła przebijał się powoli, pewnie wreszcie z ulgą zaczęłabym krzyczeć, gdyby nie to, że nagle zapaliły się nad naszymi głowami niebieskie, maleńkie światełka. Zorientowałam się po nich, że statek przeszedł na oświetlenie awaryjne, zanim cieniutki brzęczyk sygnałowy dał o sobie znać. Popatrzyłam przytomniej na stadata i na moją sąsiadkę i rozejrzałam się dokoła.

Znikła plaża i woda, płaskie, oszlifowane przez wodę kamyki wysypane były wprost na chropowatą, metaliczną powierzchnię. Staliśmy wszyscy troje na deskach pokrywających metalowe rusztowanie na wysokości dwóch metrów od podłogi, tworzącej nieckę. woda już zdążyła spłynąć przez otwór umieszczony w najniższym jej punkcie. Otaczały nas metalowe ściany z plątaniną rur i czujników. Nad głowami wisiał sufit z plastikowej, przezroczystej kratownicy, spod której wyglądały pasma przewodów. Moja sąsiadka stała na pomoście w skąpym kostiumie, z którego wylewało się otyłe ciało. Na nogach miała żylaki, a biust przpłaszczony źle skrojonym stanikiem. W niebieskawym, awaryjnym świetle jej twarz robiła wrażenie tępe i bezmyślne. Patrzyła przerażonymi oczami dookoła i wreszcie zaczęła krzyczeć. Głos miała chropawy, histeryczny i nieprzyjemny. Ciężko podbiegła do drzwi wejściowych i usiłowała je otworzyć. Ponieważ nie udawało się to, zaczęła bić w nie pięściami i kopać. Ledwie trzymający się stanik osunął się, a obwisłe piersi podskakiwały w takt uderzeń. Zupełnie straciła głowę. Wszyscy na statku wiedzieli, że w wypadku jakiejkolwiek, najdrobniejszej nawet awarii pomieszczenia automatycznie zostają hermetycznie zamknięte, ale ona o tym widać zapomniała. Odblokowanie drzwi następuje najpóźniej w trzy minuty po wydarzeniu, które spowodowało ich zamknięcie.

Skłamałabym, gdybym powiedziała, że byłam spokojna. Przed chwilą i ja straciłam głowę, ale widok mojej sąsiadki zafascynował i jednocześnie otrzeźwił mnie. Usiadłam więc spokojnie na deskach pomostu, przydeptując stopą rękę, której drżenia nie mogłam opanować i spokojnie patrzyłam na nią. Stadat usiłował odciągnąć ją od drzwi, wytłumaczyć, że same otworzą się za chwilę, ale nie udało się mu. Usłyszał wiązankę brzydkich przekleństw, oberwał jakiś cios w szczękę i dał spokój.

Drzwi się otworzyły, sąsiadka przechylona mocna do przodu, bębniąca w nie pięściami poleciała w pięknym stylu do przodu, aż zalśniły w powietrzu jej natłuszczone płynem do opalania pośladki. Z głośnika popłynął spokojny głos: „Przepraszamy państwa najmocniej, statek nasz wszedł w rój meteorytów. Powłoka nie została naruszona, uszkodzeń nie stwierdzono. Za sześć i pół minuty zostanie przywrócone właściwe oświetlenie i zasilanie. Kapitan statku podjął decyzję o włączeniu do jadłospisu na dzień dzisiejszy 50 gram koniaku. Zapraszamy do jadalni. Dla państwa, którzy nie mieli okazji próbować tego napoju, podajemy krótką jego historię oraz sposób zażywania…”

Kiedy wyszliśmy na korytarz, sąsiadkę widać było z daleka, jak biegła do swojej kabiny. Śmiesznie wyglądała w swoim zdekompletowanym kostiumie kąpielowym, obijająca się w wąskim przejściu o obsługę statku ubraną z okazji awarii w specjalne skafandry, metalowe roboty, które wyległy z pomieszczeń gospodarczych i innych współpasażer, spieszących do jadalni na obiecany koniak.

Stadat patrzył na mnie przez chwilę i spytał:

— Jak pani myśl,i dlaczego pani wygrała?

— Wygrałam?

— Doskonale wie pani, o czym mówię. więc dlaczego?

— Może byłam bardziej opanowana od niej?

— Nie, oszukuje się pani. Wcale nie wygrała pani dlatego. że miała pani jakieś zalety, których jej brakowało, a nie ona nie przegrała dlatego, że miała określone wady. Wygrała pani przez przypadek.

— Przez przypadek? jakiż to?

— Kiedy zniknął holowizyjny obraz. była pani ubrana i gotowa do wyjścia. Gdyby nawet pani podbiegła do tych nieszczęsnych drzwi i zaczęła w nie łomotać, jak pani sąsiadka, scena miałaby wydźwięk dramatyczny. Pamieta pani ten słynny obraz holowizyjny? Przerażona kobieta otoczona zewsząd zimnym metalem, uwięziona w matni ginącego statku kosmicznego. Wyobraźnia może dopisać szmer uciekającego powietrza przez nieszczelne grodzie… I tak dalej. A ona, biedna grubaska, w za ciasnym kostiumie kąpielowym na swoim miejscu była tylko na plaży. Wśród metalowych rusztowań mogła robić tylko wrażenie bardzo śmieszne. Gdyby zachowywała się spokojnie i opanowanie, scena nie mając wydźwięku dramatycznego, nie robiłaby też tak bardzo komicznego wrażenia. Sytuacja więc narzuciła jej o wiele większe wymagania, niż pani. Pani wolno byłoby wrzeszczeć bez szkody dla ogólnego wrażenia, ona musiała być opanowana, by zbyt wiele nie stracić. To, że pani była opanowana, podniosło jeszcze dodatnie wrażenie o pani. Ale ona startowała z o wiele niższego poziomu, z założenia nie mogąc wygrać. Ewentualnie mogła się tylko nie ośmieszyć, lub ośmieszyć mniej, zużywając na to niewspółmiernie wiele swoich sił. A poziom waszego startu, pani i jej — to była rzecz przypadku.

— Mówi pan rzeczy okrutne. Więc wówczas, kiedy człowiek jest sobą, jak nigdy, cierpi, boi się, tłucze się ze strachu lub rozpaczy jak ćma wokół lampy — ustawia się z góry na przegranej pozycji? Dlaczego?

— To kult. Kult osiągnięć. Zna pani historię wyprawy na Porcjona? Straszliwe warunki po awarii statku, brak dostatecznej ilości tlenu ,przeciążenie i fizyczne zmagania oszalałych ze strachu ludzi. I potem te miesiące oczekiwań na wyprawę ratowniczą w smrodzie i brudzie, chorobie i szaleństwie. Narastająca nienawiść, podłość bez osłonek, pastwienie się nad słabszym, agresja, nawet zabójstwo człowieka doprowadzonego do ostateczności… Co z tego zostało? Grupka bohaterskich nadludzi, którzy w holowizyjnym wywiadzie powiedzieli słynne: „My, obywatele Ziemi…” Każda z płaczących nad ich losem przed ekranami osób, zostawiona na pięć minut choćby w samym tylko smrodzie,  jaki oni wąchali parę miesięcy, porzuciłaby bohaterskie rojenia. Do czasu oczywiście. Najprostsze więc wyjście— nie mówić o smrodzie. I tak go nikt sobie nie wyobrazi. Skoro go już nie ma — można być bohaterem. Wszyscy się do tego przyzwyczaili zapominając, że może być inaczej. Tak i my, przyzwyczailiśmy się do obrazu nie tylko kosmonautów, ale i zwykłych pasażerów statków kosmicznych przyjmujących z zimną krwią wszelkie awarie. Przecież jesteśmy ludźmi, obywatelami Ziemi… Pani w tym stereotypie zmieściła się, ona nie. Dlatego pani wygrała, a ona przegrała.

— Jeżeli pan tak umie na to spojrzeć, właśnie w pana oczach nie powinna była  nie przegrać? 

— Jednak przegrała. Nie umiem scalić w jedno tego, do czego dochodzę swoim myśleniem, z tym, co odczuwam. Odczucia są bardziej stereotypowe, niż moje myślenie. Moim intelektem ogarniam swoje uczucia, widzę ich ubóstwo, banalność, bezpodstawność, ale nie jestem w stanie tego zmienić. Rozum stwarza mi inny obraz świata, a uczucia inny. Rozumowy obraz zawiera chłodne odwzorowanie wielu elementów, wzajemne uwarunkowania tych i warunkujących się, logicznie powiązanych, dających się określić i w pewnej mierze prognozować. Uczuciowy obraz świata dąży do stworzenia jednego, pięknego dzieła, doskonałego i skończonego w swej formie, wbrew logice i sensowi najprostszych powiązań. Jeśli świeci słońce, może jednocześnie padać deszcz, a wirujące płatki śniegu mogą osiadać łagodnie na czarnych kwiatach, wyrastających z piasku plaży. Pod warunkiem, że wszystko to jest piękne, nastrojone na określoną, uczuciową nutę, no i złożone ze znanych mi doskonale rekwizytów uosabiających piękno, jak deszcz, śnieg, kwiat, słońce. Jako całość to wszystko może być zupełnie bezsensowne.

— A jeżeli coś nie mieści się w obu tych obrazach na raz ?

— Próbuję dopasować ten element. Wyrozumowane oblicze rzeczywistości próbuję umieścić w obrazie uczuciowym. lub na odwrót, jak było to w przypadku pani sąsiadki. Są to jednak przedsięwzięcia z góry skazane na niepowodzenie. Każdy drobny przypadek może zburzyć tak z trudem skonstruowany obraz. Wobec tego przegrał pan, a nie ona. Przecież pana obraz uległ zburzeniu…

— W ostatecznym rachunku przegraliśmy wszyscy troje: ja, pani i ona. Pytanie tylko — kto sobie z tego zdaje sprawę, dla kogo to ważne, kogo to boli? Mnie nie, bo nie panujący pasujący rekwizyt wyrzucam z obu swoich obrazów, zapominam o nim po prostu. Jej — też nie, bo nie ma pojęcia, że takie obrazy w ogóle istnieją. Jeżeli ktoś może odczuć klęskę, to tylko pani.

— Ja?

— Pani też nie mieściła się w jakimś obrazie. I doskonale pani o tym wie. Oba więc warunki są spełnione…

— Więc wygrałam w końcu,  czy przegrałam?

— Tak naprawdę, to tylko pani może wiedzieć…

W jadalni piliśmy przynależny nam koniak w milczeniu. Powiedziałam:

— Każdy kiedyś nie mieści się w jakimś obrazie. Nie można znaleźć się we wszystkich obrazach na raz, nawet jeżeli obrazy te poklasyfikujemy odpowiednio, wyłonimy ich sens, wybierzemy te najczęściej spotykane, najmniej konfliktowe, najbardziej powierzchowne i tylko w nich będziemy próbowali się zmieścić. Jakie więc jest wyjście?

— Tworzyć własne obrazy. Obrazy tego, co się nie zmieści w żadnym innym obrazie.

— Przecież w ten sposób nikt nie zdoła się zmieścić w żadnym ludzkim obrazie! Im więcej na swojej drodze osiągnie, tym będzie dalej od ludzi…

— Oczywiście , ale to jedyna satysfakcja z tego faktu, jaką można wyciągnąć. Jeżeli nie zależy pani na takiej wewnętrznej satysfakcji, lub jeśli się pani takiej perspektywy boi, pozostaje tylko jedno — starać się zmieścić w maksymalnej liczbie obrazów innych ludzi.

Koniak nie smakował mi zupełnie. Spodziewałam się czegoś innego po tym napoju i po skutkach, jakie miał wywoływać. Rozjaśniać myśli, pobudzać energię i tak dalej. Rozejrzałam się dookoła i widząc delektujące się oblicza instynktownie powściągnęłam swoją, niezbyt usatysfakcjonowaną minę, przywołując na wargi lekki, rozmarzony uśmieszek. Patrzyłam z tym uśmieszkiem na stadata i wiedziałam, że to już ostatni odcinek rozmów ze stadatem, więc posłuszna jakiemuś wewnętrznemu nakazowi nazajutrz zmieniłam stolik.

Katarzyna Anna Urbanowicz

.

4
0

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *