.

Wiadomości z amfory

.

Wielki, biały wycieczkowiec stał w ciszy, a widok spokojnego morza, bez jednej zmarszczki czy białej koronki piany na powierzchni rozciągał się na cztery strony świata. Tylko daleko widniały pęki zieleni na małej wysepce, prawdopodobnie niezamieszkałej. W powietrzu wisiał upał. Mimo klimatyzacji na pokładzie dominował smród przełamany cytrusowym aromatem środków dezynfekcyjnych.

Umilkły orkiestry przygrywające pasażerom, coraz mniej było dostępnych rozrywek, coraz ciszej na pozostałych dwunastu pokładach mieszkalnych. Kobiety w pięknych kreacjach nie defilowały w górę i dół kręconymi schodami, wysadzanymi kryształkami Swarovskiego. Restauracje i bary śniadaniowe tudzież obiadowe serwowały głównie pizzę, kiedyś często wybieraną, teraz niezbyt chętnie, raczej z konieczności i ograniczeń menu. Jedynie bary, przedtem kuszące wymyślnymi rodzajami drinków były jeszcze czynne, choć ich oferta coraz bardziej ograniczona, nie z braku alkoholu wprawdzie, ale ludzi do obsługi. 

Pojawiali się w nich ostatnio mężczyźni lub kobiety z dziećmi, co wcześniej raczej było nie do pomyślenia – znak, że członkowie rodziny chorowali, a oni musieli zajmować się potomstwem ,jak umieli i jak było im wygodnej. Większość z nich uważała poza tym, że alkohol wpłynie dobroczynnie na odporność, a jego opary, snujące się w powietrzu bynajmniej nie zaszkodzą dzieciom.

Najbardziej charakterystycznym, dobiegającym zewsząd odgłosem, przyjmowanym przez wszystkim z obawą i przekonaniem, że należy jak najbardziej oddalić się odeń, był wszechobecny kaszel, słyszany przez cienkie ścianki działowe kabin.

Poniżej linii wody, w całej plątaninie pomieszczeń gospodarczych ciężko pracowali nad wyżywieniem i opraniem pasażerów ci, którzy jeszcze byli zdrowi. Zaprzestano już jednak codziennej zmiany pościeli, podobnie jak ręczników i dokładnego sprzątania. Zapomniano już o układaniu przemyślnych kwiatów z pozostawionych koszul nocnych  i i dekoracyjnym zaginaniu końcówek papieru toaletowego.

Zapasów powinno wystarczyć do końca kwarantanny, problemem były jednak nastroje obsługi i pasażerów, a także kończące się zasoby papieru toaletowego, papierowych ręczników i serwetek oraz jednorazowych chusteczek, także w sklepach z kosmetykami. Zatrważająco topniała też zawartość pokładowej apteki. 

Wprawdzie lekarzy na pokładzie, także wśród pasażerów było kilku, a helikopterem z portu dostarczono jakieś leki, jednak naprawdę jeszcze wówczas żadnego prawdziwego lekarstwa nie znano, a samego wyboru środków leczniczych dokonano wyraźnie na odczepnego. Brakowało tego, co najbardziej potrzebne – środków na kaszel i gorączkę.

Pandemia wirusa zatrzymała statek w ekscytującym rejsie z planowanymi odwiedzinami we wszystkich portalach morza i postawiła go w stan kwarantanny, skutkiem czego nie wpuszczono go do  trzech kolejnych portów, Kwarantanna dotyczyła pasażerów i obsługi, więc przeszkodziła także w wymianie załogi. Wielu pracowników już chorowało. ale dołączyli do nich kolejni, zarejestrowano też pierwsze z zgony. Nowa załoga oczekiwała na zmianę w pobliskich portach, stara na wyjazd, siedząc na walizkach. Niektórzy wskutek tej sytuacji stracili bilety wykupione na podróż powrotną, inni pracę zakontraktowaną na innych statkach lub w miastach portowych, gdzie mieli się zatrzymywać na postoje.

Pandemia dotknęła nawet w większym stopniu pracowników, którzy oprócz niemożności opuszczenia wycieczkowca, byli skrajnie męczeni i przegrani pracując i mieszkając w tłoku, niż pasażerów, którzy w końcu z rodzinami oddzieleni byli od otoczenia przebywając najczęściej we własnych kabinach.

Kontrakt Izy kończył się za kilka dni i była już przygotowana na to, by wysiąść w najbliższym porcie, skąd miała udać się na własne. prywatne wakacje, opiekując się letnim domem greckich znajomych, których akurat poniosło nad Koło Podbiegunowe, gdzie rozkoszowali się nieustannym dniem, nawet o północy i słabo topniejącymi w maju zwałami śniegu. Czekało ją kilka miesięcy wytężonej pracy nad skończeniem pracy dyplomowej i uzyskaniem tytułu naukowego.

Ten plan, ułożony kilka lat wcześniej nagle przestał być aktualny. Dziewczyna rozpisała go na etapy, a w przerwach między nauką angażowała się na statkach wycieczkowych, gdzie pracowała w różnych rolach: pokojowej, kelnerki, pomocnicy kaowca, trenerki porannej jogi – kogo akurat potrzebowano w zaopatrzeniu i innych podrzędnych zajęciach. Na jednym ze statków poznała swoich Greków, którzy dla odmiany płynąc latem w nieco chłodniejsze strony, martwili się o dom pozostawiony bez opieki, a zaprzyjaźniwszy się z Izą na – jej powierzyli pilnowanie swojej posesji.

I tak runął cały, misterny plan.

Iza miała dość: tłoku wśród personelu mieszkającego w wieloosobowych kwaterach, smrodu chorych, którymi nie bardzo było komu się opiekować, konieczności zastępowania innych pracowników, i z powodu niezrealizowanego planu życiowego oraz zawodu sprawionego znajomym, którzy na nią liczyli. Przy najcięższych pracach, zwłaszcza w kuchni, prawie mdlała ze zmęczenia i w ogóle nie czuła się najlepiej, chociaż raczej nie chorowała. 

Drugiego czy trzeciego dnia odcięcia od świata, kaowiec Benjamin, stale potrzebujący pomocników w zabawianiu zdrowych, ale nudzących się pasażerów, zaproponował Izie poranną przejażdżkę łódką dookoła statku. Zazwyczaj robił to pracownik techniczny, który dokonywał pobieżnych oględzin urządzeń dostępnych z zewnątrz i innych zleconych obserwacji, przede wszystkim jednak konserwowania lśniącej miedzi wielkiego napisu z nazwą statku, opartym na nazwie klejnotu, jak wszystkie statki tego armatora, ale właśnie rozchorował się i ktoś musiał go zastąpić. Otrzymał w biegu krótki instruktaż, na co należy zwracać uwagę, a co bliżej obejrzeć, jakie wyniki zanotować i co ewentualnie zameldować wyższym rangą kierownikom, nie czuł się jednak zbyt pewnie na łódce, w dodatku z umieszczonymi na długich tyczkach szczotkami do polerowania więc prosił o towarzyszenie akurat przechodzącą Izę, na co jego szef, oficer, wyraził zgodę. Dziewczyna była zadowolona. Spędzi dłuższą chwilę bez ciężkiej atmosfery choroby i nieszczęścia wokół. Potem postara się aby skierowano ją w tym dniu do pomocy działowi rozrywki. Może uda się tam zostać na dłużej. Prowadziła już poranną jogę i wieczorne tańce dla starszych państwa na wózkach, a także pogadanki przed snem przy bezalkoholowych drinkach. Raz udało jej się nawet obsługiwać kasyno. W zasadzie jednak na tym rejsie dbała o czystość kabin pasażerów, co w obliczu pandemii było zajęciem smutnym, przykrym i niebezpiecznym, mimo ochronnych ubrań i maseczek, które jej przydzielano. Od środków dezynfekcyjnych piekła ją skóra i chwytał kaszel, budzący za każdym oddechem lęk, że to już i ją dopadła zaraza. Chciała, by zwierzchnicy wiedzieli, jaka jest wszechstronna i nie koniecznie musi wiecznie sprzątać kabiny. Nie wiadomo jak długo jeszcze będzie w ten sposób dorabiać, zanim znajdzie zatrudnienie w swoim zawodzie.

Oględziny zajęły im trochę czasu, bowiem do końca nie byli pewni, czy dobrze to robią, czy czegoś nie pominęli, czy wszystko sprawdzili wystarczająco dokładnie. A poza tym nie spieszyło im się z powrotem. Nad powierzchnią morza czuło się leciutki powiew, zbyt mały, aby. poruszyć wodę., jednak w upale wystarczający dla ochłodzenia skóry i ciała. 

Cała ich uwaga była skierowana na powierzchnię statku, czy nikt niczego nie przyczepił, czy nie widać jakichś zabrudzeń lub wycieków oraz sprawdzanie za pomocą lusterka na wysięgniku czy bezpośrednio pod linią wody też wszystko jest w porządku. I dopiero głośny syk ich zaalarmował.

Był na tyle silny, że obejrzeli się od razu, ale zobaczyli już tylko strugi wody, spływającej po jakimś  przedmiocie, kołyszącym się lekko na powierzchni morza. 

Zaciekawieni podpłynęli bliżej, ostrożnie, bo obawiając się na początku, że może to być jakaś bomba, mina, czy coś takiego. Czy może dron jakiś podwodny? Tyle wynalazków w dzisiejszych czasach, trudno nadążyć. Terroryści nie śpią. Nie pozwalaj sobie na nieuzasadnioną nieostrożność. Co z morza się może wysunąć? Czego dokonać? Jak może wyglądać morski dron? Po czym poznać? Do czego może być podobny?

Na pierwszy rzut oka przypominało to dzbanek z bardzo wąską szyjką. Może jakąś dziwną nieprzezroczystą butelkę? Która służyła? Właśnie, do czego? 

Dwumetrowym chwytakiem, przeznaczonym do. przytrzymywania szmaty przecierającej powierzchnię statku, którą należało czasem dokładniej obejrzeć, Iza przyciągnęła przedmiot bliżej łodzi. Z bliska wyglądało to jak grecka lub inna amfora, w każdym razie starożytnego pochodzenia. 

Zastanawiali się dyskutując – co ją mogło uwolnić, że wypłynęła tak nagle z morza? Benjamin wyciągnął ją. Była leciutka, wyraźnie z niewielką zawartością. W szyjce tkwił korek oblany czerwonym lakiem, jak do pieczęci. Zabrali więc. „Przedmiot X” podobny do amfory na statek.

Składając raport pokazali amforę oficerowi, ale ten zlekceważył znalezisko.

— Zabierajcie to g…o, polecił. Jeszcze brakuje nam jakichś morskich śmieci, plastikowych atrap, specjalne statki porządkowe tonami toto wyławiają! Chyba nie sądzicie, że to autentyk!?

Pozwolił jednak Izie pomagać do końca dnia Benjaminowi, przede wszystkim z kubeczkami, którą to głupią zabawę nie wiadomo czemu uwielbiali pasażerowie statku od najmłodszych do najstarszych.

Iza włożyła amforę do. torby z kubeczkami dla zdrowych i pałętających  się bez zajęcia, którzy ledwo ich zobaczyli, to zaczęli klaskać. Pomyśleć by można, że jak małe dzieci zechcą zaglądać jej do torby, myszkując i zanurzając łapki. Przygotowała także dla nich nagrody w postaci słodyczy, więc odruchowo przyciągnęła torbę pod pachę i z tym wszystkim szybko pobiegli na salę zabaw, Byli już trochę spóźnieni, a oczekujący spieszyli się ustawić w dogodnej pozycji do rzutów przed innymi.

Biegnąc z nimi  Iza bardzo się dziwiła. Rejs kosztował sporo, drugie tyle opcja na wszystkie napoje, zwłaszcza rodziny z dziećmi, tymczasem rywalizowali z zapałem godnym lepszej sprawy o byle co. Jeżeli ludzie podniecają się taką prymitywną zabawą – myślała – co w ogóle może poruszyć ich prawdziwe emocje i nie zostanie usunięte z myśli zawczasu, zanim mogłoby dotrzeć do nich cokolwiek ważnego? Na przykład śmierć, która zabrała już kilkoro starszych.

Kubeczki ustawiano w rzędzie. Chętni dostawali piłeczki pingpongowe, którymi należało trafić w kubeczek, nie rozlewając przy tym zawartości wody, nalanej do połowy. Każdy miał prawo do 3 rzutów w jednej rundzie i jeśli nie trafił, odpadał. Ktoś, kto trafił, ale rozlał wodę. dostawał prawo do dodatkowego rzutu. Ten, kto trafił trzy razy bez jej utraty nabywał prawo do kolejnych 3 rzutów, a kto został na końcu z największą liczbą prawidłowych trafień zdobywał nagrodę niespodziankę. Najczęściej była to portmonetka lub przybornik z igłami i nićmi z logo statku. Dzieci bez względu na wyniku rzutów dostawały słodycze. Zwycięzca mógł wtedy iść na drugi koniec sali i zacząć inną zabawę, prowadzoną przez innego pomocnika kaowca. Tak upłynął im czas aż do obiadu. 

Po nim przysługiwała Benjaminowi i jego pomocnikom godzina wolnego. Wykorzystali ten czas do odpieczętowania amfory i wyciągnięcia z niej kawałka starej mapy.

Co mogła przedstawiać? Żadne zapamiętane kształty z planów i map nie kojarzyły im się z tym skrawkiem, Statek miał wprawdzie bibliotekę i dysponował czytelnią z książkami w różnych językach, jednak były to przeważnie dziełka pozostawione przez wycieczkowiczów, tomiki właściwie jednorazowego użytku, takie, których treść po przeczytaniu zapomina się natychmiast. Trudno by było szukać tam jakiegoś porządnego atlasu poza oczywiście planami odwiedzanych portów na reklamowych ulotkach. Tam raczej nie należało się spodziewać, by można było sprawdzić, do czego pasuje fragment mapy. 

Na statku, w przeciwieństwie do portów nie było dostępu do internetu. To znaczy był, ale cena godziny korzystania wynosiła około 100 dolarów. Dlatego też wszystkie połączenia, także telefoniczne zarówno turyści, jak i. załoga realizowali w portach. Czasami był to nawet widok bardzo zabawny, gdy ludzie biegną od pochylni ze statku do bramy portu, by zająć jak najlepsze miejsce, stojące nawet,  nie mówiąc już o ławkach, w którym można było oprzeć laptop o mur i spróbować uzyskać bezpłatne połączenia. Wytrwalsi ten bieg urządzali aż do jakiejś kawiarni, która udostępniała bezpłatne połączenie, pod warunkiem zakupu słodyczy lub napojów. Z tej drogi też skorzystałaby Iza z Benjaminem, gdyby statkowi pozwolono zawinąć do portu, choć godzina przysługująca pracownikom była dla nich zbyt krótka, żeby zdążyli znaleźć inne niż brama, pasujące miejsce.  Zdobycie informacji tą drogą wydawało się niemożliwe.

Wracając do pracy wzięli ze stolika recepcji najnowszy numer statkowej gazety, z rozkładem zajęć na ten dzień. W kwarantannie nie było już takich atrakcji, jak codzienne przedstawienia teatralne. Pokazywano czasem filmy, odbywały się też wykłady. W czasie pandemii tych wykładów było więcej, bowiem można było wykorzystać niektóre osoby spośród turystów, które były chętne do dzielenia się ze współtowarzyszami niedoli swoją wiedzą. Słuchaczy nie było wielu, jednak zazwyczaj udział w spotkaniu dla niektórych osób był lepszy od nudzenia się z dziećmi w barze z drinkami, zwłaszcza, że można było drinka wziąć ze sobą na wykład, chociaż, niestety, w plastikowym kubku, a nie w eleganckim pucharku.

Iza ten wieczór miała wolny, więc poszła na wykład profesora, który akurat miał opowiadać nielicznej grupce obecnych na dużej sali o historii starożytnej tych okolic. Wysłuchawszy jego wykładów bez trudu dotarła do niego. Zadając różne pytania, doszła do problemu, który ją interesował. Kiedy pokazała mu mapę, pytając, co może przedstawiać, zwłaszcza jaki obszar, wykładowca zachwycił się nią, a nawet wyświetlił ją na wielkim ekranie. Próbował do miejsc na niej zaznaczonych dopasować zabytki wskazane na istniejącej mapie okolic najbliższego portu, ale bez powodzenia. Nakładał nawet na siebie mapę i posiadane inne plany, wyświetlając je na dużym ekranie w stosownych powiększeniach, doszedłszy do wniosku, że dokument nie został sporządzony na podstawie realnego odwzorowania terenu, a innego, znacznie starszego planu, sporządzonego w odmiennej konwencji.

Dopytywał, skąd dziewczyna go ma, ponieważ wg jego podejrzeń mapa przedstawiała jedną z wersji zaginionego miasta, Atlantydy, tę, która lokowała ją bezpośrednio za Słupami Heraklesa. Jego zdaniem mapa  nie przedstawiała. istniejącej w rzeczywistości zabudowy, a jedynie domysły na jej temat, oparte na czyjejś starożytnej relacji ustnej. Wnioskował tak, ponieważ w niektórych miejscach dawało się wyczuć niepewność rysującego, co do tego, czym właściwie jest oglądane miejsce i jego przeznaczenie.

Iza opowiedziała mu o koleżance, pracującej w internetowej redakcji ezoterycznego miesięcznika, która gdzieś wyszperała mapę żartobliwie prosząc o rozejrzenie się w czasie wolnym, ale której nie spytała o źródło pochodzenia dokumentu. Wykładowca prawdopodobnie uwierzył jej, bo poprosił o telefon do kontaktu i obiecał, że po wszystkim, to znaczy po ustaniu kwarantanny i powrocie do domu, gdzie uzyska dostęp do wielu źródeł, jeśli ustali coś, nawiąże z Izą kontakt, a może i z jej koleżanką. Skopiowawszy mapę, pożegnał się i widać po nim było, że jest bardzo zawiedziony brakiem możliwości dostępu do tych wszystkich miejsc, do których zazwyczaj je miał. Gdyby nie to, zapewne już by ślęczał nad rozwiązaniem problemu, chociażby z nudów, jakie panowały wskutek pandemii i chęci oderwania myśli od nieprzyjemnych wydarzeń. Wprawdzie nie mieli na pokładzie telewizji (poza wewnętrzną, oferującą podgląd na pokład z leżakami i basenem i kilka innych miejsc, nadzianą nudnymi, średnio profesjonalnymi reklamami statkowych sklepów i kasyna), dzięki czemu nie informowano turystów o liczbie ofiar śmiertelnych, rosnącej w miarę rozszerzania się pandemii na kolejne kraje, ale szeptane wieści roznosiły się na tyle szybko, że wiedziano o kilku zmarłych na pokładzie. Rozpowszechniała się nawet plotka, że w kuchni wydzielono specjalne pomieszczenie,  w którym zlikwidowano zwykłe lodówki, przechowujące produkty spożywcze, zastępując je chłodniami, gdzie zapakowano zwłoki nieszczęsnych ofiar.

Z punktu widzenia Izy i Benjamina wydawałoby się, że sprawa została zakończona sama przez się. Nic więcej nie można było zrobić i niczego się dowiedzieć. Trudno też było domyślić się, jaki cel przyświecał komuś, kto wysłał tę wiadomość, choć można by podejrzewać jakiś żart czy mistyfikację – musiała być ona skomplikowana i trudna do przeprowadzenia. 

Jednak następnego dnia, w czasie opływania statku przyglądali się dokładniej, niż przedtem powierzchni wody. Dlatego może zauważyli wyskakujący ponad nią przedmiot, jakby rozpędzony sprężyną, tak szybko, że widać było spływającą po nim wodę. Coś, co wyskoczyło tym razem wydawało się żartem, tak bardzo abstrakcyjnym, że oboje roześmieli się głośno. Bowiem następnego dnia wyskoczyła… skorupka. Gliniana skorupka z wyskrobanym napisem „Oddaj amforę”.

— Bo co? — żartobliwie zjeżył się Benjamin,

— Bo co? — wtórowała mu z chichotem Iza — Wezwiesz policję? Polejesz nas z węża? Wciągniesz w głębinę?

Jak na sygnał zaczęli, tak i przestali się śmiać. Szybko skończyli pracę i milcząc wrócili na statek. Jak mieli ją oddać? Tak po prostu wrzucić do wody? Nie bardzo rozumieli, po co mieli to zrobić. 

Zaczęli bardziej podejrzewać, że jest to jakiś figiel wyrządzony im przez nudzących się smarkaczy, szukających rozrywki kosztem pracowników statku. Tym łatwiej było to zrobić, ponieważ personel uważano za sprawców zamknięcia. Kapitan statku wprawdzie ogłaszał wszem i wobec, że kwarantanna nakazano została przez władze, nawet nie miast, ale kraju, co nie usuwało wątpliwości. 

Na jakch terytoriach? Przebywali jeszcze na wodach krajowych, czy międzynarodowych? Dlaczego? Kto wybrał tę lokalizację? Kapitan statku, czy ktoś inny? Czy prawdą jest, że zwłoki zmarłych na terytorium międzynarodowym można topić, bezkarnie wyrzucając je za burtę, niby dla ograniczenia epidemii? — dopytywali szeptem pasażerowie, a gdy nie słyszeli odpowiedzi, wierzyli, że zabroniono personelowi mówić prawdę.

Iza i Benjamin wyrzucili amforę, nawet nie z łódki, a po prostu nocą wychyliwszy się przez burtę. Iza poczuła jakby jakiś ciężar spadł jej z serca i mogła zająć się swoimi myślami, chociaż nie było jej do nich specjalnie pilno. Przyzwyczajona do planowania swojego życia z dużym wyprzedzeniem, źle znosiła, kiedy takiego planowania nie mogła dokonywać, ponieważ wszystko zależało od innych ludzi, a nie od niej samej. Benjamin nie miał takich problemów, nawykły, że inni nim kierowali, a on tylko musiał wykazać się elastycznością i pomysłowością. Z natury był ugodowy, z pozoru  pogodny i  na luzie, ale nie był takim optymistą, jak Iza. Przeczuwał większe kłopoty i nie mylił się, bowiem na trzeci dzień oficer zarządzający całym personelem zatrzymał ich z samego ranka i kazał Izie udać się na najwyższe piętro, gdzie miała przeprowadzić gimnastykę poranną dla pań poruszających się z balkonikami, o kulach lub na wózkach, w liczbie około dwudziestu. Konieczność zorganizowania dodatkowej i nieco innej gimnastyki wynikła z tego, iż poskarżyły się na prowadzącą zajęcia nieco zbyt młodą, ich zdaniem Niemkę, nie rozumiejącą zupełnie potrzeb osób starszego wieku. One pragnęły „gimnastyki pięknych ruchów”, jak to nazwały, a do takiego wniosku doszły oglądając jakiś hinduski film, w którym aktorka pięknie tańczyła samymi rękami i dłońmi. Uznały, że potrzebowały bardziej tańca, niż kanciastych ruchów, od których nie bolały by stawy i nie trzeba ich naprężać z całej, starczej, niewielkiej już mocy. Jedna pani tłumaczyła podobno, że doznała zwichnięcia stawu łokciowego, ale bała się pójść do lekarza, żeby się nie zarazić, prosiła więc o kogoś z wykształceniem rehabilitanta. Niestety, takie miała owa Niemka, ale nie była zbyt empatyczna i trochę zarozumiała; na następny raz jej już nie zatrudnią. Niestety, nie było na pokładzie pracownicy Hinduski, w dodatku umiejącej jako tako tańczyć, postarają się zatrudnić taką kucharkę następnym razem, teraz więc musi coś wymyślić dla nich Iza. Oficer znał ją z poprzednich rejsów, wiedział jaka jest elastyczna i pomysłowa, obiecał także specjalną premię za podejmowanie się różnorodnych zadań z dużym powodzeniem i ogólnie lubianą przez pasażerów. Nie pozostało jej nic innego jak zgodzić się, (choć oficjalnie nie musiała, bowiem jej kontrakt skończył się, mogła zostać jako pasażerka, nudząc się i płacąc za pobyt z własnej kieszeni). 

Wyprosiła tylko dla siebie piętnaście minut dla wyszukania odpowiedniej muzyki i na odchodnym szepnęła Benjaminowi, żeby niczego nie otwierał bez niej, gdy nadejdzie przesyłka.

Miała rację, przewidując, że to nie koniec — W kolejnym dniu amfora wróciła o świcie z nową zawartością. Była nieco cięższa niż poprzednia i Benjamin ledwo wytrzymał z ciekawości, żeby już w łodzi jej nie otworzyć. Potem nie kusiło go to tak bardzo, za wiele miał pracy, bowiem pogoda się poprawiła, choć dosyć się ochłodziło i wiał zimny wiatr, więc nikt specjalnie nie tęsknił za  opalaniem na otwartym pokładzie nad basenem, za to było więcej chętnych do gry w siatkówkę, którą prowadził na otwartym pokładzie. Gdyby nie pandemia, pewnie wiele osób przebywałoby w swoich kabinach lub barach z drinkami, ale choroba skłoniła część z nich do przekonania, że na świeżym powietrzu jest bezpieczniej. Większość barów przeniesiono na otwarte pokłady, co zadowalało całkowicie „sportowców” przemyślnie dawkujących alkohol między rozgrywkami.

Praprzyczyna tego leżała w sposobie płacenia za drinki. Otóż najkorzystniejszą opcją było opłacenia napojów dla wszystkich osób z rodziny na cały pobyt, co mimo, iż dzieciom alkoholu nie podawano i tak było korzystniejsze, niż płacenie za pojedyncze drinki dorosłych. Na statku obowiązywała własna „waluta”, a po wykorzystaniu limitu na wszystkie zakupy, koszt jednego żetonu bardzo rósł w stosunku do wszystkich wymienianych walut. Zdrowi mężczyźni i kobiety pili ile mogli ale, i tak wskutek choroby było tych osób mniej, co poprawiało ekonomikę rejsu, zwłaszcza że armator liczył na odszkodowania od państw stosujących kwarantannę wobec wycieczkowców. 

Iza z Benjaminem spotkali się dopiero bardzo późnym wieczorem w barze z widokiem na basen, zamkniętym już o tej porze. Czasem korzystał z tego miejsca personel, bo pasowały do niego klucze od zbiorowych kajut, a zdarzały się osoby lubiące „wędrować” po statku nocą i choć większość odkrytych miejsc była pod nadzorem kamer statkowej telewizji, a może dzięki temu, liczba ta nie była zbyt duża. Jeśli jednak komuś wpadł do głowy pomysł, aby pluskać się w basenie nocą, dostępnym najszybciej miejscem, z którego mogła nadejść pomoc dla topiącego się, był otwarty balkonik zamkniętego baru, skąd ratownik mógł skakać. Dlatego też zazwyczaj w czasie gorących nocy ktoś z nich tam dyżurował.

Tym razem ratownik chętnie powitał gości i poszedł w kąt zdrzemnąć się zobowiązując Benjamina i Izę do obudzenia go w razie potrzeby.

W amforze umieszczono plik kartek, wyraźnie innego niż zwykły papier pochodzenia (może z wodorostów?) z odręcznym pismem w języku angielskim. Przerzucając je zobaczyli rysunek przedstawiający kobietę, która prawdopodobnie topi się w morzu, bowiem płynie głową w dół, a pod nią widnieje zarys jakiegoś kompleksu zabudowy. W przyćmionym świetle niewiele było widać, dno amfory było zupełnie ciemne, choć pod plikiem musiało znajdować się kilka przedmiotów, lekko obijających się o ścianki. Wysypali je na mały stoliczek i patrzyli na nie w  głębokim szoku. 

Jako pierwszy rzucał się w oczy ucięty palec, kciuk oraz dziwny kawałek ciała, przypominający ucho, ludzkie, okrągłe ucho. Przez myśl Izy przebiegło wspomnienie obejrzanej kiedyś fotografii – ucho wyhodowane na grzbiecie myszy. To był jakiś horror!

Sprawa zrobiła się poważna. Rozważali, czy nie zawiadomić o wszystkim oficera i doszli do wniosku, że trzeba jak najprędzej to zrobić. Może zresztą dzięki temu uzyskaliby bezpłatny dostęp do internetu. Wszak wiele instytucji na statku korzystało z niego bez problemu, chociażby oddział banku, sklepy z biżuterią i pamiątkami. Nawigacja. I już na pewno potrzebny był dla kontaktu z armatorem.

Rozważali też, czy nie jest to jakiś figiel, to znaczy czy ktoś ze statku nie wykorzystał dostępu do internetu, lub kontaktu z portem, albo znał i wykorzystał jakąś wyrzutnię bojek sygnałowych, może doświadczalną, a może posiadał odpowiednie urządzenie i zmontował zabawę ich kosztem. Pojawiło się jednak coś, czego znaczenia nie bardzo można wytłumaczyć. Palec. I ucho. Czy naprawdę są prawdziwe?

Zdecydowali, że przede wszystkim przeczytają rękopis. On może stanowić wyjaśnienie. całej sytuacji. W świetle lampki rozłożyli arkusze, wrzuciwszy przedmioty z powrotem do amfory na wypadek, gdyby obudził się ratownik.

.

.

Właśnie nadszedł dla mnie czas, na który dawno zaczęłam oczekiwać, nie zdając sobie z tego sprawy. Dlatego opowiem wam, nieznajomym, moją historię. Nareszcie mam cel w życiu – zrobić coś z tym problemem, który przez wieki dręczył moją społeczność, a zrobić coś mam okazję jedynie ja i właśnie tu i z wami, nieznajomi. Jestem pewna, że pomożecie mi i błagam was o to, jeślibyście takiej opcji nie rozważali, przemyślcie jeszcze raz swoją decyzję. Historia was wynagrodzi za to, że będziecie w tym musieli iść pod prąd ratując wiele żywotów. 

Ale od początku. Pomińmy powód, dla którego postanowiłam rozstać się z życiem, dziś nie ma on już najmniejszego znaczenia, ani dla mnie, ani dla nikogo innego.

Gdy już okazało się, że utonęłam, ale nie utopiłam się, poczułam, że odnalazłam się w zupełnie innym świecie, niż dotychczas przebywałam i którego oczekiwałam, gdy uznałam, że czas się dla mnie skończył. Ale nie sądziłam, że nastąpi to w taki dziwaczny sposób. 

Otoczona byłam przez ludzi na oko takich samych jak ja. Ale jednak odmiennych. Oni byli dla mnie zaskoczeniem, ale już nie ja dla nich. Powiedzieli mi zresztą że nie jestem pierwsza, nie byłam i nie będę ostatnia. 

Leżałam na miękkiej tkaninie, rozłożonej na posłaniu, prawdopodobnie z suszonych wodorostów, pachnącej jodem, bez domieszki portowych odorów gnijących odpadków, towarzyszących mu zazwyczaj, pozbawiona swojej zwyczajnej odzieży, jedynie owinięta materiałem o barwie, której na pierwszy rzut oka nie można określić, delikatnym i nie drażniącym skóry. 

Zdziwiło mnie to, że możemy się porozumieć w tym samym języku. Wyjaśniono mi, że przybysze z zewnątrz, tacy jak ja dysponują wiedzą, którą chętnie im przekazują. 

Nie powiem, że zmartwiłam się. Gdziekolwiek to było, do jakiego świata trafiłam, tamże mnie uratowano. Wydało mi się to rozwiązaniem dobrym i słusznym. Nie sądzę, żebym drugi raz chciała powtórzyć mój czyn. Ludzie, bo byli to prawdziwi ludzie, między którymi znalazłam się, chyba podzielali mój pogląd i wiedzieli, że raczej nie mam ochoty o tym rozmawiać i uszanowali to.

Ten świat Podmorza, jak go nazywali, swoje źródło przypisywał wyspie pochłoniętej przez wodę w czasie erupcji wulkanu i potężnego trzęsienia ziemi. Zamieszkiwali ją rybacy, żyjący z połowów na dużych głębiach, z pokolenia na pokolenie szczycący się umiejętnością coraz dłuższego przebywania pod wodą. Z biegiem czasu uzupełniali swoje możliwości wynalazkiem pilnie strzeżonym przez społeczność, a mianowicie małym aparatem dostarczającym  tlen z przepływającej przezeń wody. Wydzielane tlenu następowało z niewielkim opóźnieniem w stosunku do pobrania wody, ale wrodzone zdolności tych ludzi wystarczały na przetrwanie kilku decydujących minut. Aparacik ten przyczepiano na szyi, poniżej uszu. Z biegiem setek lat udoskonalono go, aż w końcu zamiast przyczepiać, wszczepiano go bezpośrednio w drogi oddechowe stosując zastawkę zmieniającą źródło czerpania powietrza. Budowano też duże maszyny, wydajne i napowietrzające uszczelnione pomieszczenia. Dzięki temu miasto powiększało się i rozwijało.

.W międzyczasie u niektórych mieszkańców wykształciła się dodatkowa możliwość bezpośredniego czerpania przez organizm tlenu z wody. Oni jednak, bardziej psychicznie związani z wodnym światem Podmorza, nieczęsto wykorzystywali możliwość odwiedzania świata ziemi, wykorzystywali w tym celu nas, przybyszów od których uczyli się nowych rzeczy i których czasem wysyłali po wiedzę lub potrzebne im przedmioty, stanowiąc coś w rodzaju naszej arystokracji.

Chcecie pewnie wiedzieć, jak udało się im uniknąć zatopienia przez gigantyczną falę po trzęsieniu ziemi. W starożytności, kiedy jeszcze nurkowano za głębinowymi połowem, aby nie marnować czasu, budowano podwodne skrytki. W tym celu wykorzystywano także jaskinie, które uszczelniano, a po wypompowaniu z nich wody i sporządzeniu śluzy, chroniącej przed ponownym zalaniem oraz ustawieniu większych aparatów, uwalniających tlen, zaopatrywano w żywność. W skrytkach tych można było odpocząć, przeczekać do następnego ranka, aby nie marnować czasu na wieczorny powrót bez większej zdobyczy, a w niektórych miejscach tylko wydłużyć czas wynurzania się i wyrównywania ciśnień. 

W czasie kataklizmu wiele osób zginęło, ale równie wiele się uratowało. Ich wyspy nie było już na powierzchni, ale, choć zatopiona, dostarczała mnóstwo materiałów na udoskonalenie podwodnego świata. Tak więc część wypłynęła na powierzchnię i opuściła te strony, ale część pozostała, chroniąc swoje tajemnice i wiekami budując podziemne miasto.

 W czasie ostatniej wojny kontakt z mieszkańcami Podwodzia nawiązał wywiad któregoś z państw. Jemu zawdzięczamy np., przezroczyste kopuły, kable doprowadzające elektryczność i nie wyróżniające się spośród wielu  istniejących podwodnych instalacji,  a także kilka testowanych wynalazków, między innymi  wyrzutnię, dzięki której wysyłam ten list. Takie wyrzutnie, o różnej mocy znajdują się w kilku punktach Morza i przypadek sprawił, że wasz statek zarzucił kotwicę w jego pobliżu.

My, ludzie uratowali z zamachów samobójczych lub katastrof na Morzu stanowimy znaczną grupę osób zasiedlających podziemne miasto. Niektórzy z nas powracali na ląd, urządzali sobie tam życie. Ale najczęściej nie znajdowali tam szczęścia i wracali, z zamiarem działania w kierunku umocnienia miasta, poprawienia jego egzystencji uznając go za jedyną swoją ojczyznę. Ludzie nazywali ich syrenami, choć nie zawsze były to kobiety i nie miały rybiego ogona, choć wszczepiony poniżej ucha aparacik imitował skrzela i pozwalał długo i bez problemu przebywać pod wodą.

Wśród kolejnych pokoleń rozprzestrzeniała się genetyczna zmiana, która powodowała największy problem, ten z którym zmaga się cała społeczność i ten który ja i inne osoby postanowiliśmy pomóc rozwiązać.

Przesłane wam narządy powinny zostać dostarczone naukowcom celem solidnego przebadania ich – możliwe, że wyciągnięte z niego wnioski pozwolą odgadnąć, jaka zmora nas trapi. Swoją drogą, będzie to ciekawy eksperyment także dla Waszych naukowców, możliwe, że taki, który zmieni od podstaw wasze rozumienie moralności, tej która akceptuje jedno, a zakazuje innego, w oparciu o wydumane prawa.

Ostateczny dowód w tej sprawie zostanie wam dostarczony w dniu, kiedy będziecie odpływać z tego miejsca. 

Jeżeli zechcecie, macie ostatnią możliwość pozostawienia dla mnie namiaru na swoje osoby/osobę na wypadek, gdyby mogło dojść do następnego kontaktu między nami i gdybyście na ten kontakt byli gotowi. Dzięki wspomnianemu wywiadowi korzystamy z wielu możliwości, mamy także łącze internetowe. Proszę jednak o możliwie daleko posuniętą dyskrecję. Nasza arystokracja mogłaby mieć nam za złe nawiązanie łączności i zdradzenie tajemnic (choć robimy to w naszym pojęciu – kochających ten świat w imię jego dobra), niemniej możemy za to zostać surowo ukarani, a nawet pozbawieni życia. Dlatego wyznaczona zostałam ja jako jedyna do utrzymywania kontaktu i to wyłącznie za waszym pośrednictwem jednej, najwyżej dwóch osób.

Żegnam was zatem i proszę na wszystko, co dla Was ważne – pomóżcie nam.

.

.

Pragnienie snu opuściło Izę i Benjamina. Wyszli na świeże powietrze, długo dyskutowali nie mogąc dojść do porozumienia, Benjamin uznał, że sprawy zaszły tak daleko, iż koniecznym jest powiadomienie oficera i pokazanie mu listu oraz otrzymanych części ciała (prawdziwych, odciętych czy sztucznych, imitacji, może wyhodowanych jak owe ucho na grzbiecie myszy) na wypadek, gdyby wynikło coś, co spowodowało by pociągnięcie ich do bliżej nieokreślonej odpowiedzialności karnej za jakieś przestępstwo lub wykroczenie. Benjamin jako zawodowy optymista w głębi duszy zawsze prywatnie liczył się z najgorszym.

Iza była przeciwnego zdania. Chętnie podzieliłaby się z kimś tą tajemnicą, ale powstrzymywała ją prośba wyrażona w liście. Nie sądziła, że poinformowanie oficera coś im da, oprócz kłopotów i w czymś pomoże. Rzeczoznawcy i tak należało szukać dopiero po przypłynięciu statku do portu i udaniu się obojga w jego poszukiwanie prywatnie, bez nadzoru.

Pierwszą rzeczą, którą zrobili, było więc pójście do kuchni i zapakowanie. przedmiotów do zamrażarki, między torebki kostek lodu, przygotowane na wypadek, gdyby kostkarka zawiodła oraz wciśnięcie paczuszki w najgłębszy kąt największej szuflady. Iza opatrzyła ją swoim nazwiskiem i na wszelki wypadek poleciła uwadze kucharza. 

Rano udali się do oficera i opowiedzieli o liście z amfory oraz przesłanym  palcu i uchu człowieka, oświadczywszy jednak, że przedmioty te w odruchu wstrętu. wyrzucili do morza.  Istotnie wrzucili amforę – ale pustą, umieściwszy w niej jedynie namiary na Izę. Oficer zlekceważył opowieść, jednak z jakiegoś powodu był podejrzliwy. Sprawę uznał chyba za próbę robienia sobie żartów z pracowników i wręcz zabronił im pływania wokół statku, oświadczywszy, że zostanie to zlecone innym osobom. Iza odniosła wrażenie, że podejrzewa ich o nieokreślony udział w figlu, który miał być skierowany przeciwko jego oficerskiemu autorytetowi.

Iza nie dziwiła się mu. Sama izolacja w znacznej odległości od portu, utrudnione kontakty i ograniczane stopniowo dostawy w zestawieniu z frustracją nawet zdrowych pasażerów, nie mówiąc już o chorych i ich rodzinach, coraz głośniej obwiniających lekarzy o niedbalstwo, mogło każdego przełożonego przyprawić o ból głowy, nie mówiąc już o kłopotach z obsługą, którym kontrakty się skończyły i którzy na dobrą sprawę w każdej chwili mogli odmówić pracy lub w większej liczbie rozchorować się. Iza pamiętała załadunek w porcie wyjazdowym widziany z bulaja obok swej pryczy, dźwig przenoszący kilkadziesiąt skrzyń z samymi melonami i wzdłuż nadbrzeża inne dźwigi, ładujące inne towary w kolejne segmenty statkowych magazynów. Od kilkunastu już dni nie widziała melona i prawdę mówiąc chyba najbardziej jej go brakowało na statku, przyzwyczaiła się bowiem zaczynać dzień od zjedzenia ociekającego sokiem chłodnego kawałka, zostawiając śniadanie na nieco później, w przerwie zajęć. 

Teraz niewielkie dostawy dostarczano łodzią, a raz, jako niewielki pakunek podwieszony pod helikopterem i sądząc z plotek, nie były to wcale najpotrzebniejsze rzeczy. Wydawać by się mogło, że pandemia, to jednoczesne wykreślenie statku, jako obiektu, nad którego zadowoleniem czuwały niegdyś porty i przeniesieniem go do grona tych, o których wszyscy chcą jak najszybciej zapomnieć.

Wszystko jednak kiedyś się kończy, tak i skończyła się kwarantanna. Pewnego ranka do statku podpłynęły dwie małe, portowe jednostki i z wypuszczonych w powietrze strumieni wody uczyniły łuk nad wycieczkowcem, dając tym samym znak, że jest to powitanie w porcie. Po raz pierwszy na poważnie uruchomiono silniki i statek ruszył. Większość pasażerów wyszła na pokład widokowy napawać się  radością oczekiwania na odzyskanie wolności.

Ogłoszono, że ci, którzy chcą zakończyć rejs, mogą zejść w porcie w dniu następnym, a w obecnym powinni spakować swoje bagaże i zostawić je w kabinach, zaś po godzinie 0,00 wystawić je na wąskie korytarze, ale tak, żeby zachować przejście. Zostaną one nocą zabrane i przewiezione do portu, rankiem zaś, po śniadaniu, łodzie zabiorą pasażerów z ich podręcznymi pakunkami.

Pozostali, kontynuujący rejs, muszą poczekać do popołudnia, kiedy to z portu zostanie wysunięta długa, kilkakrotnie składana rampa, którą będą mogli udać się ma spacer i zwiedzanie. Statek zostanie w porcie jeden lub dwa dni dla zaopatrzenia i wymiany pracowników. Wszystkim zostającym będzie zapewniona jedna noc w hotelu, podczas której pomieszczenia statku zostaną gruntownie wysprzątane, wywietrzone i zdezynfekowane, a autokary zawiozą ich na kilka wycieczek całodziennych – do wyboru.

Podczas, gdy przez głośniki obwieszczano to wszystko w kilku językach oraz otwierano bary serwujące drinki, za burtą statku wykwitł wyskakujący spory balon z przywiązanym doń pakunkiem. Chwilę po tym ze statku spuszczono łódź, która wyłowiła pakunek. Dwaj ludzie w łodzi robili wrażenie mocno zaskoczonych, jakby nie wiedzieli, co mają z przesyłką zrobić. Iza przyglądała się temu z bliższej odległości, bowiem szykując się do wyjazdu stała na najniższym pokładzie, technicznym, czekając w kolejce na załatwienie formalności. Szybko zrozumiała, co tak zbulwersowało marynarzy. Wyciągnięty z morza tobołek darł się ni to płaczem, ni to wrzaskiem, najwyraźniej niemowlęcym.

To była ta ich zapowiedziana przesyłka!

Tydzień później, już skończywszy sprzątanie willi, którą się opiekowała, zasiadła przed komputerem ,rozłożywszy obok plik kartek z notatkami do pracy dyplomowej. Sprawdzając maile zdziwiła się: napisał do niej ktoś podpisany „Naszyjnik Nieskończoności”. Dziwne to było, ten mail i ten podpis. A jeszcze dziwniejsza historia. Iza czytała:

.

.

Droga moja znajomo! Wydawało mi się od początku, że będziesz kobietą i tak też się okazało. Wyczułam to przez warstwę wody, powietrza i odrębność naszych światów, jak również bliskość naszych myśli i nazwałam cię „Bransoletką Pomocy”. Nie wiesz zapewne, że mieszkańcy naszego miasta—państwa mają imiona związane z biżuterią, a nazwiska z ideami, które uznają za swoje. Może wydawać ci się to niezrozumiałe, ale jest przejawem większej, niż w twoim i moim świecie oceny indywidualności, przypisywanej członkom naszych społeczności. W moim obecnym świecie nikt nazwany imieniem modnym w danym czasie i nazwiskiem, które niosło już i nosi obecnie wielu ludzi, w rodzinach i poza nimi, nie czułby się pewnie. Uważalibyśmy to za odebranie części osobowości, a tym samym lekceważenie. Jest nas też mniej, niż was, co sprawia, że indywidualność każdej osoby jest widoczna i liczy się, jest do niej niejako przypisana, jako możliwość i jako wkład w życie ogółu. Jest czymś częściowo zasłużonym, a częściowo wyekstrahowanym z istoty jednostki, przyniesionej wraz z nią na świat. Musisz przyjąć to za pewnik – każdy nasz obywatel, mieszkaniec, obojętnie czy starego pochodzenia, czy osiedlony za sprawą kataklizmów, osobistych dramatów lub przypadków, jeśli wyrazi chęć życia z nami (niezależnie od tego czy decyzję tę zmieni, czy nie) jest odrębną indywidualnością wielkiej wagi i zawsze pozytywnego znaczenia,. To stwierdzenie jest bardzo ważne, powiedziałabym, że priorytetowe, żebyś zrozumiała nasz dramat i konieczności postępowania, które się z nim wiążą, i które zawsze oznaczają wybór mniejszego zła, wybór, przed którym nikt się nie ochroni klauzulą sumienia, gdy musi go dokonać, zawsze wbrew sobie.

Wysłałam tobie, moja droga Bransoletko, palec i ucho obcięte człowiekowi, kobiecie, tuż po jej śmierci w jednym celu — przeprowadzenia badań genetycznych przez waszych naukowców. Mam nadzieję, że już to zrobiłaś. Palec jest zwykłym palcem, ucho tak naprawdę nie jest uchem, tylko narządem, który za sprawą doboru w małym gronie osób, od dziecka ćwiczonych w pewnych cechach i umiejętnościach zyskał status genetycznej aberracji. Nie wiem, czy mnie rozumiesz, my używamy wielu określeń odmiennych niż w waszych językach, nie wszystkie terminy są mi znane, ale ogólnie mam nadzieję, że rozumiesz, o co mi chodzi. Wskutek tego czegoś, co wy nazywacie chorobami genetycznymi, choć często jest to coś wręcz przeciwnego, drogą ewolucji ucha, jako organu odbierającego dźwięki, wieloletnich ćwiczeń, a także wszczepiania aparatów pobierających w razie potrzeby tlen z wody, nastąpiły także inne zmiany genetyczne w ciałach części populacji Miasta. 

Oczywiście nie umiemy przeprowadzać badań genetycznych, nie mamy potrzebnej do tego aparatury, tak jak jesteśmy znacznie opóźnieni w sprawach waszej nauki, niemniej już od wielu lat, korzystając z waszych kabli podmorskich nauczyliśmy się pobierać informacje z tego, co wy nazywacie internetem, a my po prostu wieściami z terenów nadwodnych. Z nich wiemy przede wszystkim o waszych poglądach, waszej filozofii życia i śmierci, a zwłaszcza życia poczętego. Interesuje to nas bardzo, nawet w stopniu przewyższającym inne informacje naukowe i filozoficzne, ponieważ za sprawą tej aberracji rzeczywistość wykluczyła niektóre wskazania uznane za moralne, bowiem weszły w konflikt z innymi zasadami moralnymi, uznanymi za nadrzędne. 

Od lat zauważyliśmy już, że prawa moralne ulegają na terenach nadwodnych ulegają jeśli nie gruntownej zmianie, to pewnemu rozchwianiu, uniemożliwiającemu czasem jednoczesną zgodność kilku z nich. Metoda unikania kolizji zasad moralnych, za sprawą wymienionej aberracji genetycznej, w tym zakresie przestała już wystarczać, co uwidoczniło możliwość, że prawa moralne są albo błędne, albo nie uwzględniają ich hierarchii i istnienie prawa nadrzędnego (które zgodnie z logiką powinno istnieć), dającego wskazówkę, co powinno być priorytetem.  Musisz więc wiedzieć, że naszą moralność cechuje hierarchiczność – inaczej byśmy się pogubili w świecie, do którego dopiero awansowaliśmy, choć przez wieki się przystosowujemy. I nie są to, bynajmniej, rozważania teoretyczne. O tym poniżej.

Gdy żyłam jeszcze nadwodnie, zastanawiało mnie, dlaczego niewiele wiemy o małych stworzeniach, dzieciach syrenich (pomijając oczywiście wymysły literackie i filmowe  z kategorii fantasy – gdzie wszystko jest możliwe, co sobie ktoś z sensem lub bez sensu wymyśli). Syreny w opowieściach zostawały z mężczyzną nadwodnym, ale nie było ich już, gdy rodziły dziecko. W legendach sugerowano, że zatęskniły za podwodnym światem i zabrały ze sobą nowo narodzone dziecko, w rzeczywistości zaś albo umierały same i ich dzieci, albo były zabijane … z litości, najczęściej. Niech więc nie dziwi cię to, że nie opowiadano o tym, ukrywano prawdę skrzętnie.

Za sprawą aberracji nie tylko sprawy oddychania w świecie podwodnym, ale także sprawy rozrodu uległy zmianie. Natura, przyzwyczajona, że ryby produkują bardzo liczny skrzek – liczący tysiące jajeczek w jednym cyklu zgłupiała, mówiąc dosadnie, serwując to kobietom, jakby nabycie skrzeli wiązało się jednocześnie z powrotem do rybiego sposobu rozmnażania się, — z zachowaniem jednak ludzkiego sposobu rodzenia.

Co się naprawdę działo w organizmie kobiety dotkniętym aberracją? Wyprodukowane tysiące jajeczek, gotowych już do zapłodnienia od narodzin kobiety spoczywały w jej wnętrzu spokojnie, dopóki nie zostały zapłodnione. Ale jeden plemnik wystarczał, żeby zapłodnić jedno, zaś więcej plemników mogło poradzić sobie z wieloma na raz. Kiedy jednak dochodziło do rozwoju zapłodnionych jajeczek, nie bacząc, że rozwój ten odbywa się wewnątrz kobiety, a nie na zewnątrz – jak u ryb – większa liczba płodów wypełniała jej ciało i przenikalne ciała jej płodów, doprowadzając do tego, że gnieździły się we wszystkich narządach wewnętrznych (jak niechciane komórki w endometriozie lub ciąży pozamacicznej u kobiet nadwodnych) i, jeśli ciąży nie przerwano — kobieta ginęła w męczarniach. Jeśli miała szczęście i zapłodniona została niewielką liczbą plemników – rodziła dwojaczki, trojaczki lub inne wieloraczki. Miała szczęście i przeżyła poród. Niestety, aberracja przenosiła się na następne pokolenia. Noworodki, dziewczynki nosiły wewnątrz siebie kolejne, też zapłodnione jaja i umierały w ciągu kilku tygodni. Wskutek tej migracji zapłodnionych komórek zagnieździć się one też mogły, choć rzadziej i z większymi trudnościami w narządach płodów męskich , ale ich rozwój postępował wolniej. Jedynym ratunkiem jest przerwanie ciąży u kobiety, a jeśli ją przeżyje, należy pełnej aborcji wszystkich kolejnych płodów dokonać natychmiast w ciągu kilku dni po porodzie, zanim jej jajeczka się rozwiną w płody (oczywiście jeśli noworodek jest dziewczynką, i kilka tygodni, gdy jest chłopcem.

Dlatego syreny nie mają dzieci. Miasto nasze nie wyludnia się tylko dzięki takim przybyszom jak ja, nasi mężczyźni mogą jednak być źródłem aberracji, kolejne pokolenia więc, tak czy inaczej są skazane na śmierć.

To dziecko, wysłane Wam, z unikalnym genomem musi żyć i przeżyć, aby uratować wiele innych istnień ludzkich. Można to jednak osiągnąć tylko dokonując aborcji. A potem zmian w genomie.

Naszym zdaniem normy moralne powinny być jak drogowskaz, a nie jak przystanek końcowy; wszak w waszym świecie, nawet za przystankiem, wije się droga. W naszym, płynnym, to jest bardziej oczywiste i nie podważane…

Nie wiem jaka jest Twoja – Izy – moc sprawcza, ale wierzę, że wasza nauka może nam pomóc i Ty, Bransoletko Pomocy odegrasz przełomową rolę w ratowaniu naszego Miasta. Musicie jednak przełamać swoje przesądy związane z czymś, co nazywacie aborcją. Dlaczego nazywam to przesądami? Bo nie biorą pod uwagę okoliczności i prawa nadrzędnego  — a tym jest w naszym przypadku ratowanie życia wielu ludzi. 

I jak będzie? Zostaniesz  Izą, czy będziesz naszą Bransoletką Pomocy, kimś kto choć przypadkiem był pod ręką sprostał wyzwaniu i niespodziewanie uratował nasz świat? Czy dopomożesz losowi, który cię powołał?

Katarzyna Anna Urbanowicz

.

1
0

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *