.

Kobiety na plusie

.

Irena była kobietą. Już sam ten fakt wywoływał w najbliższym otoczeniu pewną konsternację, lecz na Irenie, u której występował poważnych rozmiarów deficyt pokory, nie robiło to specjalnego wrażenia.

Cierpiała również na oślą ślepotę – widziała tylko to, co chciała, a nawet mniej. Wciąż czekała na swoją trzecią połówkę, ale w międzyczasie często kończyły jej się pomysły na innych. Jednak, gdy świat polubił czasem Irenę bez powodu, ona się go pytała, czego właściwie chce.

Zaraz po przebudzeniu łykała garść tabletek, w ilości, której mogłaby jej pozazdrościć niejedna plus pięćdziesiąt. Wklepywała równomiernie cudotwórcze kremy plus czterdzieści, mające jej zapewnić niespotykaną elastyczność w warunkach ekstremalnych. Przed wyjściem z domu nakładała maskę kobiety plus trzydzieści, aby wyglądać kompetentnie w teatrze wystawianym na ulicach. I wciąż nie mogła się nadziwić, że nadal jest na minusie.

Głupota Ireny nie pozwalała jej w pełni ogarnąć rozmiarów inteligencji. Zawsze kiedy potykała się o nonsens, zdzierała sobie kolanko na wysokości pępka świata, zbyt często bywało jej na zmianę i uwielbiała wychodzić poza sferę cudzego komfortu. A gdyby była mniej wyszczekana, miałaby więcej pseudoprzyjaciół.

Permanentnie przechodziła przedwczesny bunt dwulatka. Odczuwała wówczas ogromny dyskomfort w związku z własną wyobraźnią. Kreatywność też jej trochę doskwierała, ale raz wyżarła cały Nurofen i przeszło jak ręką odjął. Była zresztą wadliwa jeszcze w kilku innych dość istotnych kwestiach, z czym zwróciła się o pomoc do producenta, ale ten ją wyśmiał, twierdząc, iż gwarancja to się skończyła, kiedy Irena przestała robić w pieluchy.

Odkąd pamiętam, Irena chciała mieć dłuższe nogi. Wtedy rzadziej spóźniałaby się do pracy. Jako dziecko wymarzyła sobie, że gdy dorośnie, zostanie pinem do złotej karty, którego ktoś zapomniał, a w ostateczności niedoschniętym tuszem na banknocie dwustuzłotowym. Jak się później okazało, została bardzo wysoko postawionym nikim.

W poprzednim wcieleniu najprawdopodobniej była mopem. Dopóki jej ktoś nie wycisnął. Albo kobietą gumą, biorąc pod uwagę ilość poprzyklejanych do niej patologii. Gdyby umiała wtedy pozwalać sobie na małe radości, umarłaby chyba ze śmiechu.

Jej samochód wydawał dźwięki, przy których portfel często chował się w najgłębiej nieistniejącą kieszeń zamszowej torby. Kiedyś poszła do pracy piechotą, ale po drodze udziobała ją kura. Głowy nie miała już od dwóch dni. A potem Irenę obsiadły wrony. I chciały, żeby krakała jak one.

Jako typowa kobieta, zawsze przy niedzieli rozkręcała regał. Przerzucała go do góry nogami i skręcała całkowicie odwrotnie do założeń producenta. Typowego mężczyzny.

Im zimniej robiło się na dworze, tym uważniej przyglądała się kaloryferom. W lecie, z kolei, indeks glikemiczny drastycznie przestawał się na niej dopinać i zawodziła, że ma ciało nieużywanego transwestyty. Irena zmuszona była przechodzić wówczas w stan diety 570 kalorii, w wyniku której miała ochotę zeżreć wszystko, co się rusza i jest chociaż trochę obrośnięte tłuszczem. W szczególności panów z wielkimi brzuchami. Dlatego potrzebowała dużo dyscypliny i najczęściej szukała jej w hipermarkecie, na dziale z Chałwą Królewską.

Żeby poprawić sobie humor, chodziła na zakupy i do fryzjera. Płaciła sto pięćdziesiąt złotych za fryzurę, na którą wcale nie miała nigdy ochoty, a potem przypominała sobie, że jak żyje na tym świecie, to jeszcze żaden fryzjer nie potrafił zrobić jej dobrze.

Kundera sprawił, że zaczęła lubić mężczyzn, natomiast dzięki Gretkowskiej przestała patrzeć na kobiety z nienawiścią. Uważała, że to obrzydliwe, w związku z tym udała się nawet do pewnych władz, żeby ograniczyli jej dostęp do siebie samej.

Irena i jej seksualność miały ciche dni od 1995. Gdy ktoś mówił jej, że jest czegoś ładną ozdobą, czuła się jak stary, wykrochmalony na tę okazję abażur. Kiedy ona się zakochiwała, stawała się prostsza i krótsza, a w stosunkach damsko-męskich stosowała wyłącznie bezinteresowność. Bez interesu nie przeszedł żaden. Uważała również, że u mężczyzn dochodzi do rażącego nadużywania słowa „mąż”, więc dla równowagi nadużywała ich samych.

Nie wiem, co dzisiaj dzieje się z Ireną, bo odkąd poszła do łóżka z moim psychoanalitykiem, przestała się do mnie odzywać. Widziałam tylko niedawno jej wpis na fejsbuku, że od jutra odkłada pieniążki na nowe sumienie. I że odsprzeda trzydziestoletnie futro. Mało używane.

.

Beata Kołodziejczyk

.

2
0

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *