.

Krąg ciszy

.

Przed Kurodą na niskim stole leżał otwarty telefon. Ekran zaświecił się ciepłym, czerwonym światłem, na którym widniała lista imion. Drobne, staranne pismo układało się w delikatny warkocz. Przesunęła palcem: Yukiho Nakamura (oprawca), Emiko Sato (ofiara). Matsushima – mała wyspa. Jej oczy lekko się zwęziły. Przez chwilę patrzyła tylko na te nazwiska. Podniosła się z materaca i podeszła do stolika, gdzie czekał już starannie złożony mundurek, tym razem z delikatnym znakiem wyhaftowanym przy kołnierzyku, takim samym, jaki nosili uczniowie z Matsushimy. Dotknęła materiału, a ten uniósł się i sam otulił jej ciało. Podeszła jeszcze do lustra. Jego powierzchnia była dzisiaj spokojna. Tylko gdzieś głęboko przesunął się cień coś, co wyglądało jak para drobnych, złączonych dłoni, które na moment zaplotły się w gest przypominający modlitwę. Hina uśmiechnęła się do nich.

– Grupa, która kocha ciszę bardziej niż prawdę. Ciekawe, czy ich milczenie rozerwie się łatwo, czy będzie musiało krzyczeć.

Przesunęła palcami po wstążce pod szyją, a potem zrobiła krok w stronę ciemniejszej ściany. Materiał powłok odsunął się przed nią posłusznie, ukazując wejście do znajomego korytarza. Zanim weszła w cień, rzuciła jeszcze krótkie spojrzenie na ekran telefonu. Imię Yukiho Nakamura rozbłysło delikatnie. Następnie wszystko pochłonęła ciemność. Kiedy otworzyła oczy, stała już na wąskiej drodze prowadzącej w stronę szkolnej bramy. Powietrze było tutaj inne niż w mieście cięższe od soli, od rozgniecionych alg, od czegoś, co przypominało stary mech na mokrych kamieniach. Wiatr znad morza niósł ze sobą delikatne, chłodne podmuchy, które bawiły się jej włosami i wstążką przy mundurku. Spojrzała w stronę niewielkiego budynku szkoły. Był skromny, trochę zaniedbany, z farbą odpadającą miejscami z framug okien. Przed wejściem stał stary kamienny lampion, wokół którego zasadzono kilka karłowatych sosen. Ich gałęzie były przycięte w charakterystyczny sposób, tak że wyglądały niemal jak poskręcane dłonie.

– Mały świat. Małe serca. Ale wstyd smakuje tak samo wszędzie.

Przeszła przez bramę powoli. Włosy opadały na jej ramiona w spokojnych falach, mundurek był idealnie dopasowany, a w jej oczach błyszczał ten sam uprzejmy, drobny błysk, którego tak łatwo było nie zauważyć. Poprawiła plecak. Weszła do szkoły bez zatrzymywania się. Kiedy mijała pojedynczych uczniów, niektórzy na moment milkli i odwracali głowy w jej stronę, po czym szybko patrzyli znowu w dół. Na pierwszej lekcji w niewielkiej, trochę dusznej klasie nauczyciel matematyki wstał od biurka i spojrzał na nią z drobnym zaskoczeniem zmieszanym z zakłopotaniem. Kartka z listą uczniów lekko drgnęła w jego dłoni, ona znajdowała się już na niej.

– Mamy dziś nową uczennicę… – powiedział, obracając się w stronę klasy, która nagle ucichła, aż do przesady. – Kuroda Hina-san. Przyjechała do nas z miasta, mam nadzieję, że dobrze ją przyjmiecie.

Kilka osób skinęło głowami, ale w ich oczach było coś czujnego, ostrożnego. Hina skłoniła się uprzejmie. Jej włosy opadły do przodu, a potem miękko wróciły na miejsce, kiedy wyprostowała się i posłała klasie mały, spokojny uśmiech.

– Miło mi was poznać. Mam nadzieję, że spędzimy tu razem miło czas.

Nauczyciel kiwnął głową, lekko speszony i wskazał jej wolne miejsce przy oknie. Przeszła między rzędami ławek cicho, z gracją tak naturalną, że wyglądała prawie nierealnie. Kiedy usiadła i otworzyła zeszyt, patrzyła przez chwilę na zewnętrzny dziedziniec szkoły, tam, gdzie na niskim murku siedziała drobna dziewczyna w mundurku, z głową pochyloną głęboko nad kolanami. W dłoniach trzymała małą, starą torbę, której pasek był przetarty na szwie.

.

.

Kiedy zadzwonił dzwonek na przerwę, klasa zaczęła powoli wylewać się na dziedziniec. Uczniowie rozmawiali, ale w ich głosach było coś sztucznego, coś, co brzmiało trochę zbyt ochoczo. Jakby wszyscy starali się nie dopuścić do tej jednej, najgorszej rzeczy: zostać sami. Hina wyszła na dziedziniec z zeszytem w dłoni. Szła powoli, pozwalając, by jej obecność wtopiła się w rozproszone grupki uczniów. Ale zauważyła od razu, jak działa ten mechanizm, kiedy tylko przechodziła obok dwóch dziewczyn, ich głosy nagle ucichły, spojrzały na siebie znacząco i oddaliły się kilka kroków. Pod drzewem wiśni siedziała Yukiho Nakamura. Miała idealnie ułożone włosy, delikatny błyszczyk na ustach i książkę otwartą na kolanach, której jednak wcale nie czytała. Obok niej stały dwie inne dziewczyny, a jeden chłopak opierał się o pień drzewa, patrząc na Yukiho z typowym uśmiechem kogoś, kto chciał być bliżej słońca. Gdy tylko pojawiła się w ich zasięgu wzroku, Yukiho podniosła na nią oczy. Uśmiechnęła się bardzo łagodnie, prawie przyjaźnie. Ale w tym uśmiechu było coś, co przypominało ostrze schowane w aksamicie. Jej dwie przyjaciółki skinęły głowami. Ich spojrzenia przesunęły się po Hinie powoli, ważyły, czy to materiał na kogoś, kto mógłby należeć do ich „kręgu”, czy raczej obcą tkankę, którą trzeba odrzucić. Odwzajemniła skinienie. Jej uśmiech był tak samo uprzejmy i delikatny, ale w oczach błąkał się cień czegoś głębszego. Przeszła obok nich powoli, pozwalając, by ich wzrok ślizgnął się po niej jak letni deszcz. Zauważyła wtedy Emiko Sato. Siedziała sama na niskim murku w kącie dziedzińca, z ramionami zaciśniętymi wokół torby. Po prostu istniała tam, w pustej przestrzeni, którą wszyscy dookoła zgodnie, starannie omijali. Wokół niej naprawdę biegł niewidzialny krąg, którego przekroczenie oznaczało wykluczenie z tej małej wyspiarskiej społeczności. Przechadzała się powoli wzdłuż niskiego ogrodzenia dziedzińca, które oddzielało teren szkoły od spadającego za nim stoku porośniętego dzikimi trawami. Morze w dole odbijało ostre światło słońca w drobnych, tańczących refleksach. Usiadła spokojnie na ławce stojącej pod sosną, tak by miała dobry widok na cały plac. Jej dłonie spoczęły na torbie, a wzrok przesuwał się powoli od grupki uczennic rozmawiających przy automacie, przez dwóch chłopaków, którzy grali w coś na telefonach, aż do samego centrum tego niewidzialnego kręgu: Yukiho. Yukiho siedziała na swoim miejscu pod wiśnią jak mała cesarzowa, otoczona dworzanami. Uśmiechała się, słuchała uważnie tego, co mówili inni, czasem dotykała ramienia którejś z koleżanek jeden drobny dotyk, który sprawiał, że dziewczyna rozkwitała nagle w promiennym uśmiechu, szczęśliwa, że została wybrana, choćby na sekundę. Nieco dalej siedziała Emiko Sato. Samotna, skulona nad swoją torbą, tak jak Hina zauważyła ją wcześniej. Jej mundurek był trochę sprany, kolana rajstop wytarte w miejscu, gdzie odruchowo zaciskała o nie palce. W pewnym momencie dwie uczennice z grupy Yukiho przechodziły obok. Jedna z nich szturchnęła drugą łokciem, pochyliły się do siebie i coś szepnęły, a potem cicho zachichotały. Spojrzały w stronę Emiko z tym uśmiechem, który wcale nie był rozbawiony raczej wyglądał jak delikatne ostrze.

– Serio, nie wiem, jakim cudem to coś w ogóle jeszcze tu przychodzi – skomentowała jedna z nich.

Emiko zesztywniała. Jej dłonie zacisnęły się mocniej na pasku torby. Nie podniosła głowy, nie odpowiedziała, tylko skulona, jeszcze bardziej schowała się w sobie. Hina patrzyła na to wszystko bez słowa. Jej palce przesunęły się powoli po skórzanej klapie torby.

– Zabawne – szepnęła sama do siebie. – Jak jeden uśmiech potrafi być rozkazem. A jeden milczący wzrok – wyrokiem.

Jej oczy lekko zwęziły się, kiedy znów spojrzała na Yukiho, siedzącą w centrum swojego małego dworu. Przerwa powoli dobiegała końca. Grupy uczniów zaczęły się podnosić z miejsc, poprawiać mundurki, zgarniać torby z ziemi i od niechcenia prostować włosy w odbiciach telefonów. Pod drzewem wiśni Yukiho spojrzała na zegarek na delikatnym nadgarstku, kiwnęła głową swoim towarzyszom, którzy od razu zaczęli zbierać rzeczy. Hina wstała z ławki, zsunęła spódniczkę lekko dłonią, by wygładzić materiał i spojrzała jeszcze raz na Emiko. Dziewczyna wciąż siedziała na tym samym murku, którego nikt nie zauważył. Jej spojrzenie wbite było gdzieś w ziemię przy butach. Hina ruszyła w jej stronę. Gdy była już blisko, Emiko drgnęła, jej palce zacisnęły się mocniej na pasku torby, a plecy wyprostowały się nagle, jakby spodziewała się uderzenia w twarz.

– Cześć. Mogę usiąść obok?

Emiko uniosła głowę, zupełnie zaskoczona.

– Ja… t-tak… – wydusiła w końcu.

Hina usiadła obok niej. Jej spódniczka lekko opadła na kolana, ręce złożyła spokojnie w jednej linii na torbie. Uśmiechnęła się do Emiko. Kilka metrów dalej jedna z dziewczyn z grupy Yukiho szturchnęła drugą łokciem i obie odwróciły się w ich stronę. Ich twarze skrzywiły się w uśmiechach, które miały w sobie coś obrzydliwego.

– Patrz, Nakamura Yuhiko to zobaczy. – wyszeptała jedna z nich, nieświadoma, że jej głos niesie się aż za daleko. – Nowa nawet nie wie, że to jest zakazane. Ha, wtopiła się na starcie.

Emiko spuściła wzrok, jej ramiona napięły się znowu. Ale Hina wcale się nie odsunęła, nie zmieniła tonu. Tylko spojrzała spokojnie przed siebie, na dziedziniec i szkołę, a potem znów na Emiko.

– Ładnie tu macie. Choć trochę za dużo ciszy, prawda?

– T-tak… za dużo.

Dzwonek rozdzwonił się nagle. Grupki uczniów zaczęły biec z miejsc. Yukiho ruszyła dostojnie spod wiśni. Jej towarzystwo natychmiast podążyło za nią, z cichymi, krótkimi chichotami, które brzmiały teraz bardziej jak nerwowe rozładowanie napięcia niż prawdziwa radość. Yukiho zerknęła w stronę Hiny i Emiko, jej spojrzenie było uprzejme, lekko przekrzywione, z drobnym uśmiechem, ale w oczach błysnął cień coś, co mówiło „zauważyłam”. Hina wstała, poprawiając pasek torby na ramieniu. Spojrzała na Emiko, która też zaczęła się zbierać, trochę zbyt pospiesznie.

– Chodźmy razem. – zaproponowała Hina, zupełnie tak, jakby mówiła to do starej przyjaciółki.

Emiko uniosła głowę i po chwili kiwnęła drobno. Nie powiedziała ani słowa, ale jej krok, kiedy szła tuż obok Hiny, był już mniej przygarbiony. Przechodziły razem wśród uczniów zmierzających do klas. Kilka osób odwróciło głowy, patrząc na nie z czymś, co wyglądało jak lekkie zaskoczenie zmieszane z drwiną. Ktoś szturchnął swojego kolegę łokciem. Natomiast Hina szła spokojnie, patrząc prosto przed siebie. Emiko szła przy niej, bardzo cicho, ale nieco bliżej niż na początku. I choć jej dłonie wciąż były trochę zaciśnięte, ramiona przestały drżeć.

Weszły do klasy. Uczniowie już siedzieli w ławkach, pochylając się nad otwartymi zeszytami lub rozmawiając cicho przez stoły, ale gdy tylko Emiko przekroczyła próg obok Hiny, kilka głów podniosło się gwałtownie. Hina zatrzymała się przy swojej ławce, spokojnie otworzyła torbę i wyjęła zeszyt. Emiko, która do tej pory szła tuż przy niej, zwolniła i ruszyła w stronę swojego miejsca, z dala od reszty klasy, w ostatnim rzędzie pod samą ścianą, gdzie zwykle sadzali uczniów, których woleli nie widzieć. Zanim usiadła, spojrzała w stronę Hiny, a jej usta lekko się poruszyły.

– Przepraszam… – wyszeptała tak cicho, że Hina ledwo to usłyszała. – Nie było mnie rano na lekcji, bo się spóźniłam. Babcia, z którą mieszkam, źle się czuła. Musiałam zostać w domu, pomóc jej trochę.

Mam tylko ją.

Potem spuściła wzrok, obawiając się, że powiedziała już za dużo.

Hina nie odpowiedziała – nie trzeba było. Gdy usiadły w swoich ławkach, klasa powoli ucichła. Kilku uczniów w pierwszym rzędzie zaczęło szeptać coś nerwowo, zerkając w stronę Hiny, a potem na Emiko. Jedna z dziewczyn odwróciła się demonstracyjnie i nachyliła do koleżanki, szepcząc jej coś prosto do ucha. Obie się zaśmiały krótko, ostro, w sposób, który wcale nie brzmiał wesoło. Nauczycielka w średnim wieku weszła do klasy, stukając obcasami po drewnianej podłodze. Jej spojrzenie prześlizgnęło się po uczniach i zatrzymało na Hinie.

– Kuroda-san, prawda? Nowa uczennica. – uśmiechnęła się. – Skoro jesteś tu z nami, pozwól, że cię sprawdzimy. Przeczytaj ostatni akapit z podręcznika i powiedz, co rozumiesz z tekstu.

Wstała powoli. Jej głos był spokojny, wyważony, dźwięczny w tej ciszy, jaka zapadła, kiedy zaczęła mówić. Przeczytała fragment o starożytnych zwyczajach prefektury, o lokalnych legendach związanych z morzem i ofiarami składanymi duchom wód. Potem zatrzymała wzrok na nauczycielce.

– Myślę, że ten fragment mówi o tym, jak bardzo ludzie potrafią bać się samotności. Że wolą ofiarować coś – nawet kogoś – byle tylko nie zostali z tym strachem sami. Nawet jeśli potem przez lata noszą to w sobie jak ostry kamień w piersi.

Nauczycielka zamrugała.

– Ciekawa interpretacja. Dobrze.

Kiedy siadała, zauważyła, jak dwie dziewczyny z grupy Yukiho spojrzały na siebie wymownie. A samą Yukiho, siedzącą w centralnym rzędzie, otaczała cicha przestrzeń. Jej uśmiech był grzeczny, lekki, ale w oczach czaił się cień czegoś, co zaczynało przypominać czujność.

Lekcja ciągnęła się powoli. Nauczycielka historii przechadzała się między rzędami ławek, stukając końcem drewnianego wskaźnika w swoje notatki. Na tablicy widniał temat zapisany kredą nieco krzywo, ale wyraźnie: „Miejscowe legendy i ich wpływ na obrzędy wyspiarskie w epoce Edo”. Kilka osób w pierwszym rzędzie zerkało w zeszyty, udając, że coś notuje, ale wzrok wciąż powracał do Hiny.

Nauczycielka zatrzymała się nagle tuż obok swojego biurka. Jej palce zadrżały lekko na wskaźniku, a potem podniosła wzrok prosto na Hinę.

– Kuroda-san, podejdź proszę na środek klasy. Chciałabym jeszcze usłyszeć, co wiesz o dawnych ofiarach składanych kami morza w tym regionie. Jesteś nowa i jestem bardzo ciekawa.

W sali zapadła cisza. Yukiho siedziała spokojnie, z delikatnym uśmiechem, jakby czekała, aż wydarzy się coś, co będzie dla niej dobrą rozrywką. Hina wstała całkowicie pewnie. Jej ruchy były prawie niedosłyszalne w tej martwej ciszy, która zapadła. Przeszła między ławkami i stanęła przodem do klasy, z rękami splecionymi lekko przed sobą. Spojrzała prosto na nauczycielkę.

– W wielu miejscach tej prefektury wierzono, że morze jest nie tylko źródłem życia, ale i kapryśnym bóstwem – zaczęła spokojnie. – Dlatego składano mu ofiary z ryżu, sake… czasem nawet z dzieci, które rodziny oddawały, by ułagodzić sztormy i głód.

Jej oczy przesunęły się powoli po klasie dostrzegła drobne, nerwowe uśmiechy i spojrzenia uciekające w zeszyty.

– W takich miejscach wstyd, że nie zdołało się ochronić rodziny czy wioski, był często gorszy niż śmierć. I dlatego składano w ofierze tych, którzy wydawali się słabi. Bo łatwiej było stracić jedno życie, niż patrzeć, jak cała społeczność upada.

Nauczycielka patrzyła na nią przez dłuższą chwilę.

– Dziękuję, Kuroda-san. Bardzo… głęboka odpowiedź. Pięć.

Hina skłoniła się drobno i wróciła na miejsce. Emiko, siedząca w ostatnim rzędzie, patrzyła na nią szerokimi oczami, jak ktoś, kto po raz pierwszy widzi w tunelu światełko, ale wcale nie wie, czy to jeszcze światło, czy może już ogień. Nauczycielka znów uniosła kredę i odwróciła się do tablicy. Próbowała czymś zająć ręce, żeby odciągnąć myśli od tego, co przed chwilą powiedziała Hina.

– Tak jak mówiła Kuroda-san… – zaczęła powoli –… w epoce Edo istniały zapisy, które nakładały obowiązki na mieszkańców wysp. Dotyczyły one także składek na utrzymanie świątyń i ołtarzy dla kami morza. Było to uznawane za dowód lojalności wobec wspólnoty…

Hina siedziała spokojnie, dłoń miała opartą o policzek. Patrzyła nie na nauczycielkę, ale na rząd przed sobą. Na Yukiho, która siedziała prosto, z lekkim, eleganckim uśmiechem. Cały czas delikatnie ugniatała materiał spódniczki na kolanie, tworząc w nim drobne fałdki. W oczach błyszczało coś płytkiego, jak woda, po której właśnie przechodzi niewidoczny dreszcz. Nauczycielka mówiła dalej:

– … i w tym sensie wyspiarskie społeczności nauczyły się, że przetrwanie zależy od tego, czy potrafią się zjednoczyć. Choć czasami… – jej głos zadrżał i musiała odchrząknąć –… czasami oznaczało to, że łatwiej było poświęcić jednostkę, by reszta mogła czuć się bezpieczna.

Emiko w ostatniej ławce siedziała bardzo cicho. Miała splecione ręce na stole i patrzyła w przestrzeń gdzieś obok nauczycielki. W głębi jej oczu coś migotało. Wtedy zabrzmiał dzwonek. Uczniowie podskoczyli, prawie jednocześnie zaczęli zamykać zeszyty, chować długopisy, wstawać. Krzesła zaszurały, torby zatrzeszczały na paskach. Nauczycielka powiedziała coś jeszcze o zadaniu domowym, ale głos miała tak cichy, że nikt nie był pewien, co dokładnie kazała przygotować. Yukiho wstała, odsunęła krzesło z ostentacyjną gracją, a jej dwie przyjaciółki natychmiast stanęły przy niej. Jedna z nich odwróciła głowę, by zerknąć na Hinę i Emiko, która wciąż siedziała. Jej dłonie zaciskały się na krawędzi ławki, nie była pewna, czy powinna wstać, czy raczej pozostać tutaj, w tej cienkiej strefie, gdzie nikt jej nie widzi. Hina tradycyjnie delikatnie poprawiła wstążkę pod szyją, wstała, wzięła torbę i odwróciła się w stronę Emiko. W całej klasie zrobiło się ciszej. Ktoś w pierwszym rzędzie zauważył, że Hina zmienia tor. Gdzieś padło półszeptane „o…”, które urwało się nagle. Przeszła powoli między. Zatrzymała się przy Emiko i bardzo spokojnym ruchem odsunęła krzesło przy jej ławce. Nastolatka podskoczyła, aż omal nie zrzuciła torby z kolan. Spojrzała na Hinę wielkimi oczami, w których była czysta panika.

– Mogę? – zapytała.

Emiko kiwnęła głową szybko, raz, potem drugi, potrzebowała się upewnić, że to naprawdę się dzieje. Usiadła. Jej spódniczka spokojnie opadła na kolana. Przez chwilę patrzyła przed siebie, na tablicę. Wtedy w całej klasie rozległ się ten dźwięk – nie głos, nie słowa, raczej zgrzyt przesuwanych oparć, cichy szmer, kiedy ktoś zmienia pozycję. Wszystkie oczy nagle były na nich. A dokładniej – na Hinie siedzącej obok Emiko. Yukiho, w swoim rzędzie, odchyliła się lekko na krześle, oparła łokieć o blat i podparła podbródek dłonią. Jej uśmiech był perfekcyjny, ozdobiony cieniem rozbawienia. Patrzyły na Hinę tak długo, że w końcu nawet jedna z jej dwóch przyjaciółek poruszyła się niespokojnie, spuściła wzrok na swoje paznokcie. Hina odwróciła głowę i spojrzała wprost na Yukiho. Posłała jej drobny, spokojny uśmiech ten rodzaj uśmiechu, który w ustach Hiny znaczył tylko: „tak, patrz, chcę, żebyś widziała”. Przez ułamek sekundy coś w ramionach Yukiho drgnęło. Jej palce zacisnęły się mocniej na rękawie mundurka.

– To miłe, Kuroda-san – odezwała się w końcu Yukiho. – Naprawdę… wzruszające, że chcesz kogoś tak wyróżnić. Tylko uważaj, bo tu łatwo pomylić wdzięczność z ciężarem.

Drzwi klasy otworzyły się z lekkim trzaskiem. Do środka wszedł nauczyciel biologii – mężczyzna w średnim wieku, z lekko przygarbionymi ramionami i grubo oprawionymi okularami. Pod pachą trzymał dziennik i zniszczony zeszyt z zieloną okładką.

Zerknął na klasę. Jego wzrok przesunął się po uczniach bez większego zaciekawienia, dopóki nie zawisł na chwilę na Hinie i Emiko, siedzących razem w ostatnim rzędzie. Widać było, że chciał coś powiedzieć, ale ostatecznie tylko odchrząknął i podszedł do biurka.

– Dobrze, dziś wrócimy do tematu adaptacji organizmów wodnych.

Uczniowie poruszyli się niespokojnie, wyjęli zeszyty. Hina otworzyła zeszyt i delikatnie oparła policzek o dłoń. Jej oczy przez chwilę śledziły rysunki muszli i ryb, które nauczyciel kreślił kredą na tablicy, ale wyglądała bardziej jak ktoś, kto słucha dźwięku deszczu za oknem. Emiko siedziała wyprostowana obok niej, aż nienaturalnie. Nie pisała zbyt wiele, tylko trzymała ołówek. W powietrzu wciąż wisiał ten ciężki szmer, który towarzyszy klasom, gdy ludzie próbują udawać, że wszystko jest w porządku. Nauczyciel mówił dalej o skrzelach i pęcherzach pławnych. Część innych osób wpatrywało się w plecy Yukiho, czekając, czy coś zrobi. Ale ona tylko siedziała cicho, z opuszczonymi powiekami. Wreszcie zabrzmiał dzwonek. Czas na lunch. Uczniowie zaczęli się poruszać, z plecaków wyjmowano małe pudełka bento, owinięte w kolorowe chusty. Niektórzy wyszli do sklepiku po dodatkowe napoje. Na środku klasy utworzyły się małe grupki niektórzy zsuwali ławki, by siedzieć bliżej znajomych, inni woleli zostać przy swoich stolikach. Hina spokojnie zamknęła swój zeszyt. Jej spojrzenie przesunęło się po klasie, a potem znów zatrzymało na Yukiho, która teraz nachyliła się i wyjęła z torby własne bento skromne, ale ułożone tak starannie, że wyglądało jak mały obrazek. Obok jej dwie przyjaciółki śmiały się cicho z czegoś, co wyszeptały sobie do ucha. Emiko wyjęła swoje pudełko powoli. Hina siedziała spokojnie obok, obserwując ją. Dopiero kiedy Kuroda otworzyła pudełko prosty obiadek, kilka kawałków ryby, mała kulka ryżu, trochę kiszonej rzepy Hina uśmiechnęła się uroczo.

– Pachnie bardzo ładnie – pochwaliła serdecznie.

Jej ręce drżały delikatnie, kiedy chwyciła pałeczki. Hina otworzyła swoje bento, które także miała. Było skromne, trochę bardziej kolorowe, kilka cienko pokrojonych warzyw i małe onigiri ułożone w rządku. Przesunęła pudełko tak, by stało bliżej nieśmiałej przyjaciółki.

– Jeśli chcesz, możemy się czymś podzielić.

Emiko spojrzała na nią wielkimi oczami. Kiwnęła drobno głową. Jej policzki zrobiły się różowe, tak nagle. Część klasy popadła w szok w połowie wkładania pałeczek do ust. Jedna z koleżanek Yukiho odwróciła się całkiem, udając, że wiąże włosy, chociaż w rzeczywistości tylko szukała pretekstu, by patrzeć na to dłużej.Spokojnie złożyła swoje pałeczki na bento.

– Jak słodko. – skomentowała. – Miło widzieć, że nowi uczniowie tak szybko… asymilują się z naszymi tradycjami.

Potem znów wzięła swoje pałeczki i spokojnie zaczęła jeść, nie patrząc już w ich stronę.

– Mieszkasz tu od zawsze? – zapytała Hina w pewnym momencie.

Emiko uniosła wzrok. Na jej twarzy pojawiło się coś w rodzaju ostrożnego zdziwienia.

– Tak… odkąd pamiętam. – Przełknęła. – Tylko z babcią. Rodzice… – urwała i szybko spuściła oczy na pudełko. – Babcia nie daje rady chodzić, więc staram się wracać prosto do domu.

– Sama zajmujesz się wszystkim?

– W zasadzie tak. Ale… to nic. Ludzie tutaj… są przyzwyczajeni, że każdy ma swoje sprawy.

– I swoje tajemnice? – dodała Hina. – Na przykład… takie małe stowarzyszenia? Kluby? Może… coś w rodzaju sekty?

Emiko na moment znieruchomiała. Pałeczki zadrżały w jej dłoniach, aż stuknęły o brzeg pudełka.

– Ja… nie wiem. – Wypowiedziała to szybko, nerwowo. – Znaczy… nie słyszałam, żeby coś takiego…

– Emiko… Ja nikomu nie powiem. Ale warto czasem wiedzieć, z czym ma się do czynienia. Zwłaszcza tutaj.

– Nie wiem. Naprawdę. Może… może coś jest, ale ja… nie chcę się w to mieszać.

Hina uśmiechnęła się. Przesunęła palcem po krawędzi swojego telefonu, który leżał zamknięty na ławce.

– Możemy zapisać mój numer w twoim telefonie. Tak na wszelki wypadek.

Emiko zawahała się, ale po chwili ostrożnie wyjęła z kieszeni swój aparat. Był trochę porysowany, w kilku miejscach miał starte boki. Podała go Hinie z wahaniem.

– Dziękuję. – odebrała telefon i przez sekundę przytrzymała go na otwartej dłoni. Jej palec przesunął się po ekranie. – A… bywasz może na forum szkolnym? Czasem ludzie piszą tam rzeczy, których nie odważyliby się powiedzieć głośno.

– Zdarzyło się… kilka razy. Ale raczej tylko, żeby poczytać. Nie pisałam tam nic. – Urwała i westchnęła. – Nie mam do tego głowy. I nie chcę…,żeby ktoś się dowiedział.

Wprowadziła swój numer, zapisując go w kontaktach pod własnym imieniem, a potem na chwilę zatrzymała ekran. Czerwona poświata jej telefonu odbiła się w jej oczach.

– Wiesz, czasem samo to, że wiesz, gdzie szukać pomocy… wystarczy.

Ekran telefonu delikatnie zadrgał drobne powiadomienie, migotliwa ikona, której Hina od razu dotknęła palcem.

– Masz tu coś otwarte – spostrzegła Kuroda.

Przesunęła kciukiem po ekranie przyjaciółki. Małe forum, dostosowane do telefonicznego widoku, przewinęło się powoli w dół. Zatrzymało na krótkim, chaotycznym wpisie bez podpisu, oznaczonym jedynie awatarem z pustym konturem twarzy.

„Nie wiem, czy ktoś to przeczyta. Nie wiem nawet, czy to ma sens. Ale jeśli to przeczytacie… proszę. Nie pozwólcie im mnie zabrać. Nie chcę tam iść. Nie chcę być jedną z nich. Pomocy.”.

Pod spodem było kilka odpowiedzi. Część w dziwnie lekceważącym tonie – małe emotikony z uśmieszkami, zdania w rodzaju „ktoś się za dużo horrorów naczytał” albo „lol, weź idź spać”. Ale jeden komentarz był zupełnie inny. Krótki i surowy: „Za późno.”. Patrzyła na to przez moment w ciszy. Jej palce spokojnie przesuwały się w dół. Oddała telefon bardzo powoli.

– Nic się nie stało. – stwierdziła Kuroda. – Czasem warto jednak coś napisać. Nawet jeśli potem się tego żałuje.

Hina wróciła do swojego pudełka. Pałeczki przesunęły się spokojnie po ryżu, układając go w delikatny mały kopczyk.

– Emiko – odezwała się jeszcze ciszej. – Jeśli, kiedykolwiek… znów poczujesz, że musisz napisać coś takiego… to nie musisz.

Uśmiechnęła się i znów zaczęły jeść.

Przerwa powoli dobiegała końca. Uczniowie zaczęli zamykać swoje pudełka, wiązać furoshiki i chować butelki po herbacie. Hina wzięła ostatni kawałek ryżu, spokojnie odłożyła pałeczki na wieczko bento. Jej wzrok przesunął się po klasie i zatrzymał na Yukiho.

„Odpowiedziałam na to. Już wtedy, zanim w ogóle postawiłam stopę w tej szkole. Teraz tylko chciałam się upewnić”.

Yukiho wstała. Dwie jej koleżanki również podniosły się prawie równocześnie. Ruszyły powoli w stronę ostatniego rzędu.

Emiko odruchowo skuliła się bardziej. Jej dłonie zacisnęły się na torbie.

– Emiko – poprosiła Hina. – Siedź spokojnie.

Zatrzymała się przy ich ławce i uśmiechała się pogardliwie.

– Ach, Kuroda-san… widzę, że szybko się urządzasz. Szkoda tylko, że tak nisko trzeba było sięgnąć po towarzystwo.

Jedna z dziewczyn zaśmiała się. Druga nachyliła się lekko w stronę Hiny, jej palce przesunęły się po oparciu ławki z takim gestem, który miał wyglądać jak drobne pogłaskanie.

– Nie jesteś trochę za czysta, żeby siadać tu? – rzuciła ta druga. – Mogą ci się pobrudzić ręce. Albo… coś gorszego.

Emiko drgnęła, jej ramiona podniosły się gwałtownie. Kuroda lekko przechyliła głowę, patrząc na dziewczynę, która tak śmiało wyciągnęła dłoń. Zanim tamta zrozumiała, co się dzieje, Hina ujęła jej nadgarstek oraz ramię w bardzo delikatny sposób. Ruch był prawie niedostrzegalny. Nagle twarz dziewczyny wykrzywiła się w bólu. Jej łokieć zgiął się gwałtownie, bark opadł, a z gardła wyrwało się krótkie, stłumione jęknięcie bólu. Puściła ją natychmiast. Druga koleżanka zrobiła krok w przód, chcąc ją złapać albo stanąć między nimi, ale Hina delikatnie cofnęła ramię, obracając się tak, że biodrem odsunęła jej tor. Dziewczyna potknęła się o własną nogę i musiała chwycić blat, żeby nie upaść.

To wszystko trwało zaledwie kilka sekund. Yukiho patrzyła na to bez mrugnięcia. Jej palce drżały jednak lekko na pasku torby.

– Uważajcie, bo możecie się jeszcze gorzej skaleczyć – powiedziała z przestrogą.

Potem usiadła z powrotem na swoim miejscu. Emiko patrzyła na nią szeroko otwartymi oczami, okazując podziw. Yukiho natomiast odwróciła się powoli i odeszła z dziewczynami, które dyskretnie masowały nadgarstki i ramiona, nie mówiąc ani słowa. Przerwa dobiegła końca. Uczniowie zaczęli wracać na swoje miejsca, zerkając co chwilę w stronę Hiny i Emiko. Jedna z przyjaciółek na moment wybiegła z klasy ale po kilku minutach wróciła równo z końcem przerwy na lunch. Jedna z przyjaciółek na moment wybiegła z klasy, ale po kilku minutach wróciła równo z końcem przerwy na lunch. Do klasy wszedł nauczyciel matematyki i odłożył dziennik na biurko.

– Proszę wyjąć zeszyty z zadaniami domowymi. Będziemy sprawdzać rozwiązania.

Cała klasa zaczęła szurać, wyjmując notatniki, kalkulatory i cienkopisy. Hina otworzyła zeszyt i spokojnie położyła na nim długopis, splatając dłonie w lekkim geście. Jej wzrok przesuwał się po kartkach, ale co chwilę wracał do drobnych reakcji w klasie, do dziewczyny z drugiej ławki, która co chwila spoglądała na Yukiho; do chłopaka, który zbyt nerwowo kręcił ołówkiem w palcach. Emiko nie zapisała prawie nic. Jej zeszyt leżał otwarty na pustej stronie, w rogu widniało tylko jej imię zapisane drobnymi znakami. Nauczyciel przechadzał się między rzędami, zaglądając przez ramię uczniów. Kiedy podszedł do Emiko, przystanął na moment, ale ostatecznie tylko westchnął i przeszedł dalej. Nie powiedział ani słowa, zarówno na brak pracy domowej Kurody. Nagle drzwi klasy otworzyły się cicho. Do środka weszła starsza kobieta w grafitowym żakiecie, sekretarka, o twarzy pełnej drobnych zmarszczek.

– Przepraszam, że przeszkadzam. – Skinęła głową nauczycielowi, a potem obrzuciła klasę krótkim spojrzeniem. – Kuroda Hina-san, prawda?

Hina podniosła głowę.

– Tak.

– Dyrektor prosi, żebyś przyszła do jego gabinetu. Chodzi o drobną… sprawę, którą zgłoszono dziś przed chwilą. – Zawahała się na ułamek sekundy, zanim dodała — Proszę zabrać torbę.

W klasie rozległ się ledwo uchwytny szmer. Ktoś po drugiej stronie klasy ścisnął dłonie na blacie. A Yukiho siedziała nieruchomo, wpatrzona w swój zeszyt z taką uwagą, choćby czytała tam coś najważniejszego na świecie. Spokojnie zamknęła swój zeszyt i wzięła torbę. Odchodząc, przez sekundę położyła dłoń na ławce Emiko lekki, prawie niezauważalny gest, który był bardziej znakiem niż pocieszeniem. Potem wyszła z klasy razem z kobietą. Korytarz był wyłożony starannie wytartymi płytkami. Gdzieś dalej słychać było stuk kredy o tablicę i pojedynczy głos nauczyciela. Sekretarka szła kilka kroków przed Hiną, trzymając w dłoniach teczkę z drobnymi, kolorowymi zakładkami wystającymi z boków. Jej plecy były sztywne, a buty stukały o podłogę. Szła za nią spokojnie, z torbą przewieszoną przez ramię. Gdy mijały kolejne drzwi do klas, kilku uczniów wychylało się na sekundę na korytarz. Patrzyli na Hinę, a potem szybko odwracali wzrok, udając, że rozmawiają o czymś całkiem innym.W pewnym momencie przechyliła głowę i spojrzała na kobietę idącą przed nią.

– Przepraszam, czy mogę zapytać… która wzorowa uczennica poczuła się na tyle pokrzywdzona, by fatygować dyrektora?

Sekretarka lekko drgnęła. Nie obejrzała się, mówiła przed siebie.

– Nie powinnam o tym mówić w drodze. Dyrektor sam wyjaśni. Ale powinnaś chyba sama wiedzieć, skoro dopiero co wywołałaś… zamieszanie.

Uśmiechnęła się drobno, prawie niezauważalnie.

– Oczywiście. W końcu w takich miejscach zamieszanie to często tylko inne słowo na prawdę.

Kobieta nie odpowiedziała. Szły dalej w milczeniu, mijając jeszcze jedną klasę, w której ktoś właśnie wstał z miejsca i zerknął w ich stronę z wyraźnym zaciekawieniem. W końcu dotarły do końca korytarza. Za matowym przeszkleniem drzwi widniała mała tabliczka z napisem „Gabinet Dyrektora”. Sekretarka zapukała dwa razy, poczekała na „proszę”, a potem otworzyła i przepuściła Hinę przodem.

Gabinet dyrektora był przestronny, urządzony w chłodnym, nowoczesnym stylu – szklane regały z segregatorami, mały stolik z herbatą, za którym stały dwie niewygodne kanapy. Na ścianie wisiały dyplomy i zdjęcia klasowe z poprzednich lat, starannie oprawione. Dyrektor siedział za biurkiem. Starszy mężczyzna, może po pięćdziesiątce, z cienkimi włosami zaczesanymi do tyłu i okularami o grubych oprawkach. Patrzył na dokument, który leżał przed nim, ale kiedy Hina weszła, powoli podniósł wzrok.

– Kuroda Hina-san, prawda?

– Tak. – skinęła lekko głową, trzymając torbę obiema rękami, spokojnie, bez cienia niepokoju.

– Proszę usiąść.

Usiadła. Dyrektor przez chwilę tylko na nią patrzył, potem złożył dłonie przed sobą.

– Przed chwilą przyszła do mnie koleżanka z twojej klasy. Zgłosiła, że na przerwie dopuściłaś się… jak to określiły… „przemocowego zachowania” wobec właśnie koleżanek. Skręcenie ręki. Pchnięcie. Twierdzą, że zostały fizycznie zastraszone. Jak zapewne wiesz, chodzi o grupę Yukiho Nakamury. To wyjątkowo zdolna uczennica, córka urzędnika, który nadzoruje naszą gminę. Ma najwyższą średnią w roczniku, reprezentuje szkołę w konkursach i wcale nie chciałbym, by ktoś naruszał jej poczucie bezpieczeństwa.

Zrobił krótką pauzę, patrząc na Hinę z oczekiwaniem, że skinie głową, może przeprosi. Ale ona tylko patrzyła. Jej spojrzenie było uprzejme, niemal zaciekawione, ale zupełnie puste z tej zwykłej, ludzkiej bojaźni.

– Jesteś tu krótko. I, jak widzę w aktach, bez rodziców, prawda? Sierota. Nie mam z kim tego skonsultować.

Kiwnęła głową bardzo powoli.

– Tak – potwierdziła.

Dyrektor odchylił się w fotelu. Na moment potarł czoło palcami, potem znów spojrzał na Hinę. Jego ton stwardniał.

– Wobec tego potraktuj to jako oficjalną naganę. Nie potrzebujemy w tej szkole osób, które wprowadzają… niepokój. Jeśli podobna sytuacja się powtórzy, rozważymy przeniesienie cię do innej placówki. Albo nawet skreślenie z listy uczniów.

– Rozumiem. Nie chcielibyście problemów.

– To wszystko. Możesz wrócić do klasy.

Wstała, skłoniła się i ruszyła do wyjścia z gabinetu bez pośpiechu. Dyrektor wrócił wzrokiem do papierów, chcąc zakończyć to spotkanie jak najprędzej. Już miała chwycić za klamkę, kiedy zatrzymała się w półkroku. Spojrzała na niego przez ramię – spokojnie, z lekkim uśmiechem, ale w oczach miała coś, co na sekundę przypominało czarną otchłań.

– Wie pan, dyrektorze… Szkoły w takich miejscach, jak to, rzadko uczą odwagi. Częściej uczą tylko, jak pięknie milczeć.

Przez chwilę w gabinecie zapanowała cisza, która aż drgnęła od czegoś niewidzialnego. Dyrektor otworzył usta, jakby chciał coś odpowiedzieć. Ostatecznie tylko patrzył, gdy Hina spokojnie odwróciła się i wyszła, zamykając za sobą drzwi tak, że brzmiało to prawie jak szyderstwo. Wyszła. Korytarz był pustawy, a ona szła spokojnie. Kiedy otworzyła drzwi do klasy, wszystkie rozmowy na moment przycichły. Kilka osób odwróciło głowy, potem szybko wróciło wzrokiem do swoich zeszytów albo udawało, że czegoś szuka w plecaku. Przeszła między ławkami tak, jakby w ogóle nie zauważała tych nerwowych spojrzeń. Jej spódniczka poruszała się delikatnie przy każdym kroku, a czarne włosy opadały na ramiona. Emiko patrzyła na nią z czymś w rodzaju ulgi pomieszanej ze strachem. Kiedy Hina przechodziła obok rzędu, w którym siedziała Yukiho, ta podniosła głowę i posłała jej słodki, rozbawiony uśmiech – taki, jaki zwykle rezerwuje się dla małych dzieci. A potem uniosła dłoń do ust i dmuchnęła w nią lekko, tak jakby posyłała Hinie buziaka. Jej palce rozchyliły się w miękkim geście. Wyglądało to prawie uroczo. Ale w jej oczach była cienka, ostra linia triumfu, która mówiła wyraźniej niż słowa: „To ty jesteś teraz na moim terytorium.” Hina patrzyła na nią przez sekundę bez żadnej reakcji. Nie powiedziała nic, po prostu poszła dalej, siadając na swoim miejscu z tak idealnym spokojem, że aż wydawał się nienaturalny. Yukiho opuściła rękę powoli, a jej uśmiech na moment zgasł. Dzwonek na koniec ostatniej lekcji rozbrzmiał głośno. Wszyscy prawie jednocześnie zaczęli zamykać zeszyty, chować długopisy i rozmawiać ciszej niż zwykle. Hina spokojnie złożyła swoje rzeczy, poprawiła wstążkę pod szyją i powoli wstała. Przechodząc obok ławki Yukiho, na moment zatrzymała wzrok na niej. Posłała jej drobny uśmiech dokładnie ten, w którym było coś jednocześnie uprzejmego i chłodnego jak szkło. Yukiho patrzyła na nią przez sekundę bez ruchu, z tym samym eleganckim uśmiechem, który teraz wyglądał jak przyklejony. Jej oczy były ciemne i aż za spokojne. Dopiero gdy Hina odeszła kilka kroków, Yukiho opuściła wzrok na swoje dłonie. Na korytarzach zrobiło się gęsto. Uczniowie wychodzili z klas grupkami, kilku chłopaków biegło z torbami przez korytarz, potykając się o własne stopy. Dziewczyny stały przy szafkach. Emiko wyglądała na trochę zagubioną, ale czekała przy drzwiach klasy, aż Hina podejdzie. Kiedy ta zbliżyła się, Emiko odetchnęła głębiej.

– Idziemy? – zapytała Hina.

– T-tak…

Na zewnątrz powietrze było chłodniejsze, czuć było słoną bryzę i wilgotny mech. Słońce opadało powoli za linie dachów, rzucając długie cienie na drogę prowadzącą w stronę portu i wąskich, wyspiarskich uliczek. Szły razem przez chwilę w ciszy. Emiko patrzyła na czubki własnych butów, a Hina rozglądała się spokojnie, podziwiając drobne ogródki i kamienne ogrodzenia, za którymi kryły się małe domy.

– Mogę wpaść do ciebie na chwilę? – zapytała Hina nagle. – Chciałabym zobaczyć, jak mieszkasz.

Emiko spojrzała na nią gwałtownie.

– T-tak… jeśli chcesz. Ale to… bardzo skromnie. Babcia… trochę chora, więc… – urwała, wstydziła się własnych słów.

– Tym bardziej – uśmiechnęła się Hina, przechylając lekko głowę. – Lubię miejsca, które są prawdziwe.

.

.

Dom Emiko był mały, z niskimi drzwiami i starą, popękaną dachówką. Czuć było w nim opary ziół, leków i trochę drewna. Babcia leżała na futonie w ciemniejszym pokoju. Miała pomarszczone dłonie, które raz po raz poruszały się. Gdy zobaczyła Hinę, próbowała się podnieść, ale Hina tylko lekko kiwnęła dłonią i uklękła przy niej.

– Proszę, proszę… – wyszeptała staruszka, patrząc trochę niepewnie. – Przyjaciółka Emi-chan?

– Można tak powiedzieć – odparła Hina spokojnie. Ujęła na moment dłoń babci. – Ma pani bardzo dzielną, a zarazem delikatną wnuczkę.

Babcia uśmiechnęła się, a Emiko spuściła wzrok, jej policzki zrobiły się różowe. Potem razem usiadły przy niskim stole. Emiko zrobiła herbatę, starając się ukryć drżenie rąk, a Hina patrzyła na to wszystko z zaciekawieniem.

– Mogę pomóc? – zapytała Hina, zdejmując mundurek i starannie odwieszając go na oparcie krzesła. Zauważyła, że Emiko zamierza szykować obiad.

– T-tak… jeśli chcesz… Chciałam tylko zrobić trochę miso i ryż. Nic wielkiego.

– Wielkie rzeczy zwykle nie mają smaku – uśmiechnęła się Hina. – Pokaż mi, gdzie trzymasz miseczki.

Emiko otworzyła niską szafkę. Hina uklękła obok i zaczęła wyciągać małe, nierówne czarki, oglądając je z uwagą. Gdy Emiko kroiła tofu na drobne kostki, ręce drżały jej tylko trochę przy Hinie cały strach miał mniej miejsca. Potem razem nakarmiły babcię. Hina przytrzymywała miseczkę, gdy staruszka ostrożnie nabierała łyżką gorącego bulionu. Wieczorem siedziały w jej pokoju, na miękkim, trochę wypłowiałym futonie. Obok stał mały, zniszczony stolik, na którym Hina ustawiła dwie herbaty. Emiko przez chwilę bawiła się brzegiem swojego kubka, a potem podniosła na Hinę niepewne spojrzenie.

– Dlaczego… usiadłaś wtedy przy mnie w klasie? Dlaczego tak… mnie bronisz? Nawet ryzykując naganę?

Hina patrzyła przez chwilę w bok, na słabo oświetlone papierowe drzwi, które lekko się poruszały od przeciągu.

– Bo mnie o to poprosiłaś.

– Ja? Przecież… o nic cię nie prosiłam. Nie odezwałam się ani słowem, zanim…

– Nie trzeba było mówić – przerwała jej Hina, pochylając się nieco bliżej. – Czasem samo wołanie w środku wystarcza.

Emiko wpatrywała się w nią szerokimi oczami.

– Co się tu tak naprawdę dzieje? – spytała po chwili. – Dlaczego Yukiho i jej koleżanki mają taką władzę? Kto im ją daje?

Emiko zacisnęła dłonie na kubku z herbatą.

– Bo… ona zna wszystkich. Jej tata… decyduje o budżecie szkoły, o tym, które rodziny dostają wsparcie z miasta. Nawet nauczyciele… wolą być ostrożni. I… są pogłoski, że wieczorami… spotykają się gdzieś w starej części szkoły, w piwnicy pod salą muzyczną. Tylko… to może plotki. Chciałabym, żeby to były plotki.

– Plotki często są prawdziwsze od oficjalnych historii. Może niedługo sama to sprawdzę.

Potem napiły się spokojnie herbaty.

Jeszcze przez chwilę siedziały spokojnie. Hina przesunęła palcami po małej, drewnianej półce, na której stało kilka figurek kotów z uniesioną łapką i stara, trochę wyblakła fotografia w prostej ramce. Dwie młode twarze, pewnie rodzice Emiko, w tradycyjnych strojach ślubnych, jeszcze pełni życia i planów.

– Ładne. – pochwaliła Kuroda. – Ale w twoim domu i tak najładniejsze jest to, że w ogóle tu jesteś. Cała…

Coś trzasnęło za drzwiami wejściowymi. Bardzo drobny, niemal niezauważalny dźwięk, ale Hina od razu odwróciła głowę. Jej wzrok ściemniał w ułamku sekundy. Emiko poczuła ból w klatce piersiowej. Drzwi kuchenne otworzyły się i do środka weszła Yukiho. Stała tam z tym swoim pięknym, spokojnym uśmiechem.

Od razu ją spostrzegły, gdy opuściły pokój.

– No proszę… – powiedziała, rozglądając się powoli. – Nawet tu się zabrałyście, jak dwie małe myszki. To… wzruszające.

Za nią w progu stały dwie jej koleżanki.

– Wiesz, Emiko… twoja babcia dostaje chyba jakieś dofinansowanie z gminy, prawda? – Yukiho mówiła spokojnie, niemal łagodnie, ale każdy jej wyraz był zimny jak kawałek lodu. – Byłoby strasznie… niefortunnie, gdyby ktoś przypomniał twojej rodzinie, że wdzięczność to bardzo krucha rzecz.

Emiko zaczęła się trząść.

– Nie… proszę…

– Och, ciii. – Yukiho przechyliła głowę jeszcze mocniej i posłała jej ten sam, cudowny, wesoły uśmiech. – To przecież tylko słowa. Chyba nikt tu nie zamierza być… niegrzeczny.

Wtedy zrobiła krok w stronę Hiny, tak blisko, że ich ubrania się stykały. Patrzyła jej prosto w oczy ze swoją śliczną, martwą miną.

– A ty, Kuroda-san? Lubisz tak wtrącać się w cudze sprawy? Udawać bohaterkę?

Hina patrzyła na nią przez chwilę bez słowa. Jej uśmiech powoli rozszerzył się na ustach, aż stał się czymś, co wyglądało jak szczelina w miękkim materiale jej twarzy.

– Wiesz co, Yukiho? – odparła. – Chodź. Porozmawiamy… w cztery oczy.

Zanim tamta zdążyła odpowiedzieć, Hina ujęła ją delikatnie za rękaw mundurka i poprowadziła przez pomieszczenie, aż do małej łazienki z oknem zasłoniętym matowym papierem. Yukiho była zbyt zaskoczona, by zaprotestować. Jej koleżanki zostały w kuchni, patrząc na siebie nerwowo. Hina zatrzymała się dopiero, gdy były same. Puściła rękaw Yukiho i oparła się lekko biodrem o framugę.

– No to mów. – Jej głos był zuchwały. – O co ci tak naprawdę chodzi? Przecież nie boisz się tej biednej dziewczyny w kuchni. Nie boisz się też mnie, prawda? Ty boisz się…,że ludzie przestaną tańczyć tak, jak im zagrasz?

– Ty… myślisz, że możesz wtrącać się w to, jak tutaj wszystko działa? – syknęła. – W moje relacje, w moje szkoły, w moje miasto?

Hina uśmiechnęła się. Bardzo spokojnie. Przechyliła głowę jeszcze mocniej, tak że wyglądała trochę jak kot przyglądający się zabawce, którą lada moment rozszarpie.

– Ja niczego nie psuję. Tylko patrzę, co się stanie, gdy ktoś przestanie udawać, że te twoje małe strachy mają znaczenie.

Yukiho wzięła ostry wdech, chciała coś powiedzieć, ale Hina zrobiła krok bliżej. Ich twarze dzieliło tylko kilka centymetrów.

– Lepiej uważaj, Yukiho – wyszeptała. – Bo wiesz… w takich małych miastach, jak to, łatwo się potknąć. I wtedy nikt już nie pamięta, kto trzymał w rękach bat, a kto, kogo bił.

Patrzyły na siebie przez kilka sekund w kompletnej ciszy i pełnej nienawiści. Potem Hina wyprostowała się i odwróciła bez pośpiechu, zostawiając Yukiho w łazience samą z odbiciem jej własnego strachu w matowym lustrze.

Hina wróciła z łazienki. Emiko siedziała przy stole, skulona, z rękami ciasno zaciśniętymi na kubku po herbacie. Gdy Hina weszła, uniosła na nią wzrok.

– Kuroda-san… – zaczęła cicho. – Ty nie rozumiesz… jeśli Yukiho naprawdę to zrobi… jeśli jej ojciec… – urwała, zaciskając mocniej palce na porcelanie. – Babcia dostaje z gminy dofinansowanie na leki. Insulina, przeciwbólowe… nawet te tańsze, co zamawiamy, to i tak kosztuje. Jeśli ktoś powie, żeby to cofnąć… Nie wiem, co wtedy zrobimy. Ja… mogę iść do jakiejkolwiek pracy, ale to wcale nie rozwiąże wszystkiego. Babcia… – jej głos urwał się znowu, jakby miał się za chwilę załamać. Hina podeszła i usiadła obok. Jej ręka opadła lekko na blat stołu, tuż obok dłoni Emiko miko tak blisko, że niemal się stykały, ale nie dotknęły się wprost. Usłyszały trzask drzwi oznaczający, że oprawczynie opuściły mieszkanie.

– Wiem. Dlatego musimy być ostrożne. Ale to nie znaczy, że będziemy się bać.

Przechyliła głowę, patrząc na Emiko z uśmiechem.

– Po prostu będziemy rozważne. Logiczne.

Emiko spuściła wzrok na stół i kiwnęła drobno głową.

– Dobrze… Hina-san. Będziemy.

– Muszę już iść – stwierdziła Hina, patrząc na zegarek.

– D-dziękuję…,że przyszłaś. Że… w ogóle ze mną siedzisz.

– Przecież wcale nie jestem taka niezwykła, Emiko. Po prostu lubię wiedzieć, gdzie ludzie trzymają swoje cienie.

Emiko wyglądała, jakby nie do końca zrozumiała te słowa.

Kuroda wstała i podeszła do drzwi. Przez moment zatrzymała się na progu, rozglądając się po wąskim korytarzu.

– Do zobaczenia jutro w szkole.

Wyszła. Drzwi zamknęły się za nią, zostawiając miko samą w mroku kuchni. Kiedy wyszła na ulicę, na zewnątrz było już ciemno. Lampiony przed domami rzucały słabe światło na kamienne ścieżki. Gdzieś w oddali słychać było cichy dźwięk fal rozbijających się o brzeg. Szła przez wąską uliczkę powoli, spokojnie. Gdy skręciła w jeden z bocznych zaułków, powietrze nagle zgęstniało. Delikatna, pulsująca zasłona rozsunęła się przed nią. Przekroczyła próg bez zawahania. Jej pokój przywitał ją znajomym ciepłem i czerwonym, światłem. Z półmroku wynurzył się stół z otwartym telefonem, na którego ekranie wciąż powoli przesuwały się drobne znaki – lista imion. Odłożyła torbę na podłogę i usiadła na swoim miejscu. Przez chwilę patrzyła na listę.

– Jutro, Yukiho. Jutro sprawdzimy, jak bardzo naprawdę kochasz swoje kręgi ciszy.

W końcu znalazła folder opisany kilkoma znakami, które w świecie ludzi oznaczały „Matsushima” (szkoła na wyspie). Dotknęła go, a potem obraz rozlał się po powietrzu przed nią, nie jak normalna projekcja, raczej jak rozciągnięta, przezroczysta wstęga. Była tam klasa. Słychać było głosy uczniów, śmiechy. Ktoś mówił:

– Ciii… patrz, patrz, jak idzie ta nowa… – a potem chichot.

Obraz zadrgał i zmienił się — teraz pokazywał Emiko, siedzącą samotnie przy oknie, z torbą mocno przyciśniętą do biodra. Jej wzrok był wbity w ziemię. Hina patrzyła na to bez mrugnięcia. Jej oczy odbijały ten sam obraz, ale w głębi źrenic drgało coś ciemniejszego. Czasem chciałaby wiedzieć, jak to się naprawdę nazywa – to jej istnienie, ten głód, dla którego zawsze wracała w takie miejsca. Ale to słowo zawsze rozmywało się na krańcach jej myśli. Oparła łokieć o stół i przysunęła palce do ust. Uśmiechnęła się drobno, bardzo spokojnie.

– Jeszcze kilka dni. I wszystko zacznie pękać samo.

.

.

Pokój Yukiho był idealny. Na półkach równo ustawione książki o historii sztuki i modzie, kilka eleganckich figurek porcelanowych kotów, a na ścianie ramki z dyplomami i medalami za konkursy recytatorskie. Yukiho siedziała na miękkim, białym dywanie, obok niej leżał gruby album w kremowej okładce. Był trochę wytarty na rogach, zrobiony jeszcze zanim jej matka wyszła za mąż. Przerzucała kartki powoli. Może odpowiedzi, dlaczego ta wstrętna Kuroda Hina potrafiła jednym spojrzeniem wywrócić cały jej misterny układ. Na kolejnej stronie były fotografie klasowe z czasów liceum jej mamy. Dziewczęta w niemal identycznych mundurkach, te same krawaty, te same wstążki. Śmiały się, obejmowały ramionami, robiły miny do obiektywu. Yukiho przejechała paznokciem po jednej twarzy jej matka miała tam może szesnaście lat, z tym lekkim uśmiechem i spojrzeniem, które już wtedy potrafiło przeszyć człowieka na wylot. Obok stała dziewczyna, trochę z boku, jakby zdjęcie ją przypadkiem uchwyciło. Jej głowa była lekko przechylona, na ustach miała drobny, uprzejmy uśmiech. Jej włosy układały się w fale na ramionach. Jej spojrzenie było spokojne, głębokie i w jakiś sposób puste. Yukiho poczuła, jak przez jej ciało przeszło ostre, zimne ukłucie. Przesunęła zdjęcie bliżej twarzy, zmrużyła oczy. Dziewczyna wyglądała dokładnie jak Kuroda Hina. Yukiho cofnęła się lekko.

– To… głupie – wyszeptała. – Przecież to musi być przypadek. Może to jakaś daleka krewna…

Poczuła, jak jej gardło stało się suche, a serce zaczęło bić wariacko. Szybko zamknęła album, aż zdjęcia lekko zafalowały pod okładką. Wstała, odłożyła go na półkę. Starała się oddychać powoli, spokojnie, tak jak ją uczyła matka, kiedy musiała mówić przemówienia w imieniu rady uczniów. Ale w głębi jej głowy coś już zaczęło rosnąć, myśl, która wbijała się coraz głębiej i powtarzała: Co jeśli to wcale nie był przypadek?

.

.

Yukiho szła korytarzem swojej szkoły. Ściany były szare. Światło neonów mrugało od czasu do czasu, wydając przy tym wysoki, drażniący pisk, który przeszywał powietrze na wskroś. Nie pamiętała, dlaczego tu przyszła. Może miała coś załatwić po zajęciach? Może czekał na nią jakiś ważny dokument w gabinecie dyrektora? Wszystko wydawało się jednocześnie bardzo ważne i kompletnie nieważne. Jej mundurek był lekko wilgotny od mgły, która pełzała po podłodze. Przeszła obok swojej sali. Drzwi były uchylone, a wewnątrz panował mrok. Coś tam było, drobne szuranie. Zignorowała to. Przyspieszyła kroku. Kiedy minęła salę muzyczną, na moment odniosła wrażenie, że między drzwiami stoi ktoś bardzo blady. Ale kiedy spojrzała drugi raz, nikogo tam nie było. Nagle zapaliła się lampa nad jej głową, rozbłyskując zimnym, brutalnym światłem. W tym samym momencie coś za nią zaszeleściło. Yukiho odwróciła się gwałtownie i wtedy zobaczyła Hinę. Stała w połowie korytarza. Jej głowa była lekko przechylona, a włosy opadały w długich, czarnych pasmach, zasłaniając fragment twarzy. Jej mundurek wyglądał jak zawsze, nieskazitelny. Ale coś było nie tak. Za nią, w tej samej płaskiej przestrzeni, ciągnęły się kolejne jej odbicia, jak w lustrze, ale każde z drobnym opóźnieniem.

Hina uniosła twarz. Jej oczy były czarne, bez dna. Kiedy zrobiła krok w stronę Yukiho, jej mundurek poruszył się z dziwnym szelestem.

– Yukiho… Dlaczego się boisz? Przecież zawsze byłaś taka odważna.

Cofnęła się, plecami uderzyła w ścianę. Jej ręce zsunęły się po gładkiej powierzchni, szukając oparcia.

– Co… czym ty jesteś? – wydusiła.

Kiedy Hina podniosła wzrok, jej twarz była już inna. Oczy zamieniły się w głębokie, czarne dziury, z których sączył się cień.

– Jestem tylko tym, co zostaje, kiedy nikt nie patrzy. Onryō… czy jak tam ludzie to kiedyś nazwali.

Yukiho otworzyła usta, by krzyknąć, ale wtedy cały korytarz zgasł.

Obudziła się we własnym łóżku, z krzykiem wciśniętym głęboko w gardło. Ręce miała zimne i mokre od potu. Przez chwilę leżała nieruchomo, wpatrzona w sufit, z sercem bijącym tak szybko, że aż bolało. Zaczęła powtarzać cicho do siebie:

– To był tylko sen… tylko sen…

.

.

Przed Kurodą na niskim stole leżał otwarty telefon. Znaki na wyświetlaczu układały się w delikatne nici, oplatając się wzajemnie, by po chwili znowu rozplątać. Przesunęła palcem po ekranie. Yukiho Nakamura, Emiko Sato, Matsushima – szkoła. Na moment jej źrenice zwęziły się w wąskie, czarne kreski. Wpatrywała się w te słowa tak długo, że mogłoby się wydawać, iż przestanie w ogóle oddychać. Dopiero po chwili wypuściła powietrze, bardzo cicho. Odsunęła telefon i przysunęła do siebie drobne pudełko, z którego wyjąła pojedynczy, wąski pasek jedwabiu. Przejechała nim po wargach, a potem owinęła na moment wokół palców, patrząc, jak materiał układa się w delikatny, duszny ornament. Dopiero wtedy sięgnęła po mundurek. Nie założył się sam tym razem rozłożyła go starannie na kolanach, przytrzymując palcami brzegi tak długo, aż materiał drgnął i niemal niezauważalnie napiął się w jej dłoniach. Dopiero wtedy uniosła go i pozwoliła, by otulił jej ciało. Podniosła wzrok na ścianę, gdzie zwykle znajdowało się lustro, ale tym razem odbicie przesunęło się tam, gdzie wcale go nie powinno być – po prostu wyłoniło z matowej powierzchni. Jej własna sylwetka patrzyła na nią z lekkim opóźnieniem, a w miejscu oczu miała przez krótką chwilę coś jaśniejszego.

– Grupa, która kocha ciszę bardziej niż prawdę… – wyszeptała. – Zobaczymy, czy milczenie pęka miękko, czy trzeba je rozerwać na strzępy.

Poprawiła wstążkę pod szyją, wygładzając ją bardzo powoli. Wstała, odsunęła dłonią drobną zasłonę powietrza i zrobiła krok w ciemność. Kiedy otworzyła oczy, stała już na wąskiej drodze prowadzącej w stronę szkolnej bramy. Powietrze było tu inne niż gdziekolwiek cięższe od soli, od rozgniecionych alg i wilgotnego piasku. Szła spokojnie, torba lekko kołysała się przy jej boku. Minęła kilka domów o drewnianych dachach, gdzie w szczelinach desek już dawno zagnieździł się mech. Na progach siedziały koty, patrzące na jej przejście. W końcu dotarła do bramy szkoły. Była zardzewiała w dolnych kątach, tak że drobne fragmenty farby odpadały pod palcem. Przeszła przez nią bez pośpiechu. Na terenie szkoły panował dziwny spokój. Było za wcześnie na główny tłok kilku uczniów stało w grupkach pod ścianami, rozmawiając szeptem. Jedna dziewczyna poprawiała wstążkę przy koszuli, patrząc na swoje odbicie w szybie. Hina zwolniła na moment, pozwalając oczom przesuwać się po tych małych obrazkach. Coś ją jednak zaniepokoiło. Daleko przy bocznej ścianie budynku dwie uczennice w mundurkach zawiązywały sobie wokół twarzy drobne, białe maski z cienkiego materiału. Ich ręce poruszały się szybko, sprawnie. Potem rozejrzały się, chwyciły lampion w ciemnym, drewnianym koszu i weszły do niskiego, bocznego wejścia, prawie niewidocznego, zasłoniętego fragmentem krzaków. Hina zmrużyła lekko oczy. Ruszyła za nimi bardzo powoli. Ominęła róg budynku i stanęła przy murze piwnicznym. Tam były niskie, zakratowane okienka. Przykucnęła i zajrzała do środka. W piwnicy panował pełny mrok, rozświetlany migotliwym światłem kilku lampionów ustawionych na ziemi. Na macie, w kole, klęczało kilkanaście postaci w mundurkach. Tym razem każda z nich miała na twarzy białą maskę – prostą, bez wzorów, wiązaną z tyłu cienkimi wstążkami. Przez chwilę wyglądało to prawie groteskowo maski były trochę za duże, opadały na policzki, przez co w świetle lampionów przypominały martwe twarze. Yukiho rozpoznała ją od razu. Siedziała najbliżej środka, jej maska była lekko przechylona, a za nią włosy spływały gładko aż na plecy. W rękach trzymała miskę z czerwonym płynem. Zanurzyła w niej palce i dotknęła nimi czoła jednej z klęczących dziewcząt.

– Przysięgasz, że nie pozwolisz tej wyspie głodować?

– Przysięgam – wyszeptała tamta.

– Przysięgasz, że oddasz wszystko, czego trzeba, by nas chronić?

– Tak…

Yukiho położyła dłoń na czubku jej głowy, a potem spojrzała w bok, w kierunku kolejnej osoby. Jej palce na moment zawisły w powietrzu.

– A więc zapamiętajcie, kogo złożymy w ofierze. Kto poniesie to za nas, by morze było łaskawe, a choroby trzymały się z daleka. – Głos Yukiho obniżył się jeszcze bardziej. – Emiko Sato. To jej imię będzie naszym gwarantem.

Kilkoro z klęczących powtórzyło to imię, które natychmiast zniknęło pod ciężarem wspólnego rytuału. Hina oparła dłoń o zimne cegły i przyjrzała się im bardzo dokładnie.

– A więc maski. Czasem ludzie potrzebują czegoś na twarz, by odważyć się pokazać, jacy są naprawdę.

Patrzyła jeszcze chwilę, aż Yukiho zanurzyła palce znów w misce i zaczęła mówić o tym, że „dla bezpieczeństwa wyspy trzeba czasem zamknąć cudze usta na zawsze”. Kuroda wstała i odeszła w ciszy, zostawiając za sobą piwnicę.

Na dziedzińcu kilku chłopców rzucało sobie plecakami, śmiejąc się głośno. Hina weszła do budynku spokojnym krokiem. Kiedy przechodziła przez korytarz, mijani uczniowie milkli na ułamek sekundy. Dotarła do klasy i zajęła swoje miejsce. Rozłożyła zeszyt, położyła na nim długopis i spokojnie spojrzała na tablicę. Drzwi klasy otworzyły się. Do środka weszły Yukiho i jej dwie przyboczne. Posłały klasie krótki, przyjazny uśmiech. Kiedy jednak przechodziła obok ławki Hiny, na moment jej spojrzenie zatrzymało się na niej. Hina spojrzała jej prosto w oczy Yukiho, napięcie było odczuwalne. Emiko weszła kilka minut później z torbą przyciśniętą do biodra. Przeszła między ławkami bez słowa i usiadła obok Hiny, dokładnie tak, jak dzień wcześniej. Do klasy wszedł nauczyciel. Nie spojrzał nawet na listę obecności. Zamiast tego rozłożył na biurku kilka zmiętych kartek i powiedział:

– Dzisiaj będzie fragment z klasyki. O wspólnocie, która musi złożyć ofiarę. O tym, jak jedno życie może zapewnić przetrwanie wszystkim innym.

Kilka osób poruszyło się niespokojnie, a mężczyzna rozpoczął recytację z podręcznika.

– „Zebrali się nocą, prowadząc tę, która miała przynieść ocalenie.

Żadne słowo sprzeciwu nie padło…”

Umilkł. Przez chwilę w klasie panowała cisza. Wtedy Hina przechyliła głowę w bok. Powiedziała bardzo cicho, ale tak, że wszyscy usłyszeli jej recytację.

– „Choć noc ich złączyła, dzień się nie zlituje – bo kto wiedział, a milczał, też winę poczuje.”.

Nauczyciel zaskoczył się tym dopowiedzeniem, ale nic nie powiedział. Kilkoro osób zerknęło nerwowo na Yukiho, która siedziała ze wzrokiem wbitym w blat. Jej palce zacisnęły się na ołówku tak mocno, że aż prawie pękł. Po nudnej lekcji zabrzmiał dzwonek na przerwę. Klasa momentalnie się poruszyła. Ktoś szturchnął kolegę łokciem, dwie dziewczyny pochyliły się nad jednym zeszytem i zaczęły szeptać. Emiko powoli wstała ze swojego miejsca. Spojrzała na Hinę z lekkim pytaniem w oczach, ale o nic nie zapytała.

Kuroda wstała również, poprawiła wstążkę pod szyją i odwróciła się tak, by znowu złapać spojrzenie Yukiho. Posłała jej drobny, niemal uprzejmy uśmiech, aby ją rozdrażnić. Yukiho jednak tylko odwróciła wzrok.

.

.

Na korytarzu było trochę luźniej. Część uczniów stała przy szafkach, rozmawiając, a dwie dziewczyny z równoległej klasy poprawiały spinki do włosów, zaglądając co chwilę w małe lusterko. Hina zatrzymała się przy dużym oknie wychodzącym na boisko i starą salę gimnastyczną. Patrzyła w dół przez dłuższą chwilę, spokojnie, z dłońmi złożonymi na parapecie. Emiko podeszła ostrożnie obok i wtedy też zobaczyła. Przy ścianie sali gimnastycznej stało czterech chłopaków w mundurkach. Dźwigali coś dużego, owiniętego w grube, szare płótno, związane sznurkiem. Jeden z nich trzymał pakunek na barku, drugi otwierał niskie, zardzewiałe drzwi prowadzące do starego składziku. Ruchy mieli szybkie, nerwowe, a twarze napięte tak, że ledwie patrzyli na siebie. Kiedy w końcu zniknęli w środku z tym ciężarem, drzwi zatrzasnęły się z głuchym stukiem. Emiko zadrżała w strachu.

– Co… to było…? – zapytała.

– Rzeczy, które ludzie chowają, zwykle cuchną najmocniej – odpowiedziała.

W tym momencie rozległ się dźwięk telefonu Emiko. Dziewczyna wyjęła aparat i spojrzała na ekran. Jej twarz zbladła w jednej chwili.

– Co jest? – spytała Hina.

Emiko pokazała jej wiadomość. Była krótka, bez nadawcy: „Lepiej zniknij, zanim wyspa sama się upomni. Nie każ nam robić tego, czego nie chcemy.” Jej dłonie zaczęły się trząść. Zanim Hina zdążyła coś powiedzieć, podeszły do nich dwie znajome sylwetki. Yukiho z jedną ze swoich przybocznych.

– Emiko-chan, wszystko w porządku? – zapytała Yukiho, kładąc jej dłoń na ramieniu. – Wyglądasz na bardzo przejętą. Może to zbyt dużo stresu, jak na ciebie…? Może nie wszystko w tej szkole jest dla każdego.

– D-dobrze… nic… – zająknęła się Emiko, wpatrzona w posadzkę.

Hina patrzyła na to z drobnym uśmiechem. Jej spojrzenie przesunęło się po palcach Yukiho, które gładziły ramię Emiko z taką udawaną troską, że aż czuć było chłód. Yukiho uniosła na moment wzrok i ich spojrzenia znów się spotkały. Jej uśmiech lekko przygasł, a palce na ramieniu Emiko zadrżały, nim odsunęła je powoli.

– Chodź, Emiko – powiedziała Hina. – Wracamy.

Na kolejnej lekcji z biologii Emiko usiadła jak zwykle, skulona, z torbą mocno przyciśniętą do biodra. Kiedy otworzyła swoją ławkę, znalazła w środku złożoną karteczkę. Rozłożyła ją ostrożnie, a na papierze widniał drobny, koślawy rysunek bramy torii. Obok ktoś domalował jedną małą, czerwoną kroplę przypominającą krew. Złożyła kartkę szybko, wciskając ją z powrotem między zeszyty. Hina patrzyła na to spokojnie.

.

.

Po lekcjach korytarz znów wypełnił się głosami i stukiem otwieranych szafek. Emiko szła obok Hiny, ciągle patrząc pod nogi. Wtedy jej telefon zawibrował. Wyjęła go i spojrzała na powiadomienie z lokalnej grupy czatowej wyspy, tej samej, w której zwykle ogłaszano, że ktoś zgubił kota albo potrzebuje pomocy przy sieciach. Tym razem na ekranie było jedno, krótkie zdanie: „Widziano ją z obcą. Lepiej pilnować, by ta sprawa nie wyszła za morze.”

– Emiko…? Chodź.

Uniosła na nią wzrok. Hina kiwnęła głową w stronę wyjścia ze szkoły i opuściła ją pierwsza. Szły powoli przez miasteczko, wzdłuż niskich domów, których dachy pochylały się pod ciężarem mchów i soli. Nad drzwiami wisiały papierowe talizmany, lekko poszarpane przez wiatr, który niósł ze sobą zapach morza. Emiko zaczęła mówić dopiero po dłuższym czasie.

– Dawno temu… kiedy woda w zatoce jeszcze nie była tak pusta… mówili, że w głębi mieszka kami, który karmi ludzi rybami, ale czasem żąda w zamian… kogoś. Żeby pamiętali, że nic tu nie jest naprawdę ich.

Hina słuchała w milczeniu, patrząc w bok na stare lampiony, które wisiały przy drodze i huśtały się lekko.

– Babcia mówiła, że to tylko historie. Ale jak byłam mała… Widziałam, jak znoszą coś nocą do łodzi. Było zawinięte w płótno, jak… jak dzisiaj.

Nie odpowiedziała jej od razu. Zatrzymała się dopiero przy małym, zapomnianym chramie na skraju miasteczka. Kamienne latarnie były tu obrośnięte mchem tak grubym, że prawie znikały w zieleni. Kilka porzuconych wstążek powiewało na gałęziach sosny. Hina przesunęła dłonią po jednej z nich, bardzo lekko, tak że wstążka drgnęła jak coś żywego.

– To zawsze są tylko historie – stwierdziła spokojnie. – Dopóki ktoś nie postanowi w nie uwierzyć tak mocno, że musi kogoś złożyć w ofierze, żeby potwierdzić, że to prawda.

Emiko wpatrywała się w nią intensywnie. Szły dalej wzdłuż nabrzeża, między pustymi sieciami suszącymi się na drewnianych kozłach. W oddali kilku rybaków składało sieci, rozmawiając o czymś. Wtedy telefon Hiny zawibrował w jej torbie. To zdarzyło się po raz pierwszy. Bo jej telefon w tym świecie – w świecie ludzi – nigdy nie dzwonił, nigdy nie świecił dla nikogo innego, kiedy tego nie chciała. Był wyłącznie jej narzędziem, miejscem, gdzie zapisywała listy imion. Wyjęła go powoli. Ekran rozświetlił się ciepłym, czerwonym światłem, jak zawsze. Widniał tekst, który wyglądał, jakby został napisany starą kaligrafią na pożółkłym papierze, z nierównymi brzegami: „Twoje ręce są zbyt czyste, Kuroda Hina. Nie ty ważysz ofiary w tym kraju. Odejdź, zanim odbiorę ci to, co już wzięłaś dla siebie, uosobieniu zemsty.”. Pod spodem nie było nadawcy. Nie było nawet miejsca na odpowiedź. Po przeczytaniu uśmiechnęła się obojętnie. Emiko spojrzała na nią z pytaniem w oczach, ale Hina zamknęła telefon tak spokojnie, że wyglądało to lekcewarząco. Wsadziła go z powrotem do torby.

– Nic ważnego – wyjaśniła. – Chodźmy.

Szły jeszcze kawałek razem, aż w końcu dotarły do małego skrzyżowania uliczek, gdzie stała stara latarnia.

– To… tutaj muszę już skręcić – powiedziała Emiko.

Hina tylko skinęła głową. Spokojnie, z lekkim uśmiechem, takim, który był delikatny jak dotknięcie, a w środku miał coś, czego Emiko nie mogła pojąć. I wtedy Emiko nagle zrobiła coś, czego Hina zupełnie się nie spodziewała. Nachyliła się i przytuliła ją mocno, rozpaczliwie. Jej ramiona objęły Hinę tak, jakby musiała ją na moment poczuć całą, żeby uwierzyć, że to wszystko było prawdziwe. Hina była wstrząśnięta. Jej ręce zostały przy ciele, palce nawet nie drgnęły. I to właśnie wtedy, z niewielkiego zaułka naprzeciwko, rozległ się delikatny klik migawki. Nie jeden, a kilka. Ktoś robił całą serię zdjęć. Hina spokojnie podniosła wzrok ponad ramię Emiko, dokładnie w tamtą stronę. Na moment, między drewnianymi ogrodzeniami, dostrzegła postać w mundurku szkolnym. Telefon uniesiony w dłoniach, z którego jeszcze unosiło się małe, zimne światełko. Wiatr odgarnął włosy tej osoby i Hina zobaczyła Yukiho. Emiko natomiast niczego nie zauważyła. Puściła Hinę, jej policzki były czerwone.

– D-dziękuję, Hina-san… za to, że w ogóle… jesteś.

Odwróciła się i pobiegła w swoją stronę. Kuroda patrzyła jeszcze chwilę w tamtą stronę. Następnie spojrzała w bok, w miejsce, gdzie przed chwilą stała Yukiho. Uliczka była już pusta, jakby nikt tam nigdy nie stał. Ruszyła w stronę bogatszej części wyspy. Tam gdzie domy miały nowe dachówki, a w ogrodach rosły sprowadzane drzewa o idealnych koronach, Hina zatrzymała się przy jednej z bram, przesunęła palcami po zimnym metalu i zamyśliła się. Kiedy przeszła przez ostatnie kamienie ścieżki, świat zaczął powoli tracić ostrość. Kontury budynków rozciągały się jak atrament na mokrym papierze, aż w końcu zupełnie zniknęły. Weszła w znajomą ciemność, która przyjęła ją naturalnie. Jej pokój w wymiarze był matowy. Telefon leżał spokojnie na stole, ekran był teraz wygaszony i wyglądał prawie jak kawałek gładkiego obsydianu. Hina zsunęła z ramion mundurek i odłożyła go starannie na niski stołek. Potem weszła do zagłębienia w podłodze, w którym czekała na nią woda. Otuliła jej ciało jak ciepły aksamit. Zanurzyła się po szyję i zamknęła oczy. Po chwili relaksu odezwała się bardzo cicho.

– Najpierw ocalę Emiko… Potem Yukiho. I cała ta mała wyspa, która nauczyła się kochać ciszę bardziej niż ludzi.

Otworzyła oczy, patrząc przed siebie.

– A potem zajmę się tym, co odważyło się do mnie przemówić. Nie jestem tym, kto zbiera pokłony. Nie potrzebuję ich. Potrzebuję tylko, by pamiętali, jak smakuje wstyd.

Zamknęła oczy znowu. Woda otuliła ją ciaśniej, a w całym pokoju zapanowała tak doskonała cisza, że aż bolała w uszach. W końcu wstała z wody i owinęła ciało lekkim, cienkim kimonem. Szła wolno przez swój pokój. Położyła się na materacu i zamknęła oczy. Kiedy oddech stał się równy, wyglądała niemal spokojnie, tak spokojnie, że nikt, kto na nią patrzyłby wtedy, nie odgadłby, że śni o tym, jak pęka cudzy wstyd.

.

.

Hina obudziła się w swoim pokoju. Podniosła się z materaca i zsunęła z ramion lekkie kimono. Weszła w zagłębienie w podłodze, gdzie czekała na nią ciepła, aksamitna woda. Zanurzyła w niej dłonie, potem twarz, pozwalając, by obmyło ją to coś, co było wodą tylko z nazwy. Kiedy skończyła, sięgnęła do niskiej szafki. Tam czekał już mundurek nowy, ale dokładnie taki sam, z haftem Matsushimy przy kołnierzyku. Dotknęła go, a materiał uniósł się i otulił jej ciało, układając się bez jednego zagniecenia. Hina poprawiła wstążkę pod szyją z niemal przesadną starannością. Przez moment spojrzała w stronę ściany, gdzie rozciągało się jej odbicie. Następnie przeszła przez powłokę swojego wymiaru i otworzyła oczy na znajomej drodze prowadzącej w stronę szkolnej bramy. Szła spokojnie. Kiedy minęła pierwsze uczennice rozmawiające szeptem przy murku, na moment ucichły. Jedna z nich rzuciła coś do koleżanki bardzo cicho, patrząc przy tym wprost na Hinę. Ona natomiast poprawiła pasek torby i weszła na szkolny dziedziniec, kierując się w stronę wejścia do budynku. W jej oczach nie było zaskoczenia, tylko drobny błysk zaciekawienia. Przekroczyła próg szkoły prawie niezauważalnie. Korytarz już tętnił głosami. Ale kiedy zrobiła kilka kroków w głąb, zobaczyła to od razu. Na ścianach – przy tablicach ogłoszeń, na drzwiach do sal, a nawet przypięte do starego korkowego panelu z wynikami testów wisiały zdjęcia. To były ujęcia z wczoraj, zrobione w chwili, gdy Emiko ją przytulała na skrzyżowaniu pod kołyszącą się latarnią. Przerobione tak, by wyglądały jeszcze bardziej intymnie, a właściwie pocałunek. Do jednego dorysowano serca i głupie komentarze. Do drugiego dopisano: „Miłość biedoty i sieroty. Żenujące.” Ktoś obok zaśmiał się. Ktoś inny szturchnął kolegę, wskazując palcem i obaj zaczęli szeptać coś niewyraźnie. Hina szła wzdłuż tych kartek bardzo spokojnie. Jej oczy przesuwały się po zdjęciach bez cienia wahania. Dopiero kiedy minęła większą grupkę uczennic, zatrzymała się w ciemniejszym kącie korytarza. Przez sekundę jej głowa była lekko pochylona w dół, a włosy opadały na policzki. Z cienia, który ją otaczał, zaczęło nagle emanować coś znacznie ciemniejszego, choćby powietrze samo gęstniało, wciągane w bezdźwięczny wir. Kilka kroków dalej dwie dziewczyny odwróciły się gwałtownie, obejrzały przez ramię z przerażonymi oczami, poczuły, że coś stoi tuż za nimi i patrzy. Wtedy Hina powoli podniosła głowę. Jej twarz była już spokojna. Mroczna aura rozpłynęła się tak, choćby nigdy jej tam nie było.

– Nie teraz…

Ruszyła dalej, idąc w stronę klasy. Gdzieś dalej, pod tablicą ogłoszeń, starszy nauczyciel już przyglądał się rozlepionym kartkom z wyraźną irytacją.

– Ktoś zwariował, żeby rozwieszać takie rzeczy… – westchnął, po czym zdjął jeden z plakatów i przygładził dłońmi papier.

Było jasne, że prędzej czy później dyrektor nakaże to wszystko zerwać. Ale Hina wcale nie liczyła na to, że problem zniknie razem z kartkami. Jej spojrzenie na moment przylgnęło do kawałka papieru leżącego w koszu. Pierwsza była wychowawcza. Wychowawczyni – drobna kobieta w średnim wieku, o delikatnym głosie, który zawsze łamał się na końcach zdań stała przy biurku z kartką w dłoniach. Jej spojrzenie co chwila uciekało gdzieś w bok.

– Słuchajcie… – zaczęła, poprawiając nerwowo kołnierzyk. – Chciałam… chciałam tylko, żebyśmy na chwilę porozmawiali o tym, co ktoś… powiesił na korytarzu. Te zdjęcia, memy. Rozumiecie chyba, że to…,że to nie jest odpowiednie. To… może być dla kogoś bolesne. I nikt… nikt nie chce, żeby nasza klasa kojarzyła się z czymś takim.

W klasie było cicho. Ktoś odchrząknął. Kilka osób zerknęło na Yukiho, która siedziała z nogą elegancko założoną na nogę, patrząc na nauczycielkę z martwym uśmiechem. Hina natomiast siedziała spokojnie. Reszta lekcji przebiegła w ciszy, to był jedyny komunikat, jaki miała dla klasy. Na przerwie Emiko próbowała przepchać się między szafkami, skulona, z torbą przyciśniętą mocno do biodra. Ale Yukiho z grupą już tam czekały.

– No i jak tam, nasza mała romantyczka? – rzuciła jedna z dziewczyn z tej grupy. – Smakowała? Bo wyglądało, jakbyś z językiem wchodziła jej do gardła!

Druga wyciągnęła telefon i pokazała Emiko przerobionego mema. Było tam zdjęcie z wczoraj, zmodyfikowane tak, że wyglądały, jakby się całowały, z ogromnym, jaskraworóżowym sercem nad głowami i napisem: „Miłość sieroty i biedoty. Sponsoruje ją babcina renta i jakieś zboczone hobby.”.

Ktoś wrednie się zaśmiał. Ktoś inny dodał szeptem coś o tym, że „pewnie robią to każdej nocy”.

– Przestańcie… – wyszeptała Emiko. – Proszę…

– Ooo, słyszysz? Prosi nas! – pisnęła dziewczyna z boku, udając wzruszenie. – Słodziutka. Może powiesz jeszcze, że wolisz tylko jej palce w sobie?

Wtedy zrobiło się trochę chłodniej. Hina podeszła powoli, bez pośpiechu. Jej kroki były tak ciche, że dopiero gdy stanęła obok nich, dwie dziewczyny drgnęły, nagle uświadomiwszy sobie, że ktoś tu stoi. Kuroda spojrzała najpierw na Emiko. Kiwnęła głową, mówiąc jej bez słów: to nic, za chwilę to minie. Potem odwróciła wzrok na Yukiho. Ich oczy spotkały się tak ostro, że widać było napięcie.

– Wiesz, Yukiho-san… Czasem ludzie robią takie przedstawienia, żeby odsunąć od siebie zapach czegoś, co już gnije. Ale ty pachniesz tym nawet bez zdjęć.

Kilka dziewczyn z grupy Yukiho odwróciło wzrok, widać było, że to zdanie na nie wpłynęło. Yukiho stała bez ruchu, jej ramiona zrobiły się sztywne. Odwróciła się i odeszła tak spokojnie, jak przyszła. Emiko stała przez chwilę nieruchomo, potem spojrzała w ślad za nią. A kiedy mijała jeden z pustszych korytarzy, w jej oczach błysnęło coś chłodnego.

– Dzisiaj w nocy. Pewnie spróbujesz… To dobrze. Ułatwi mi to pracę.

Przerwa powoli się kończyła. Grupy uczniów rozchodziły się z lekkim pośpiechem. W końcu korytarz prawie opustoszał. Hina stała spokojnie przy ścianie, na której wciąż wisiało kilka z tych memów zdjęć przerobionych tak, by wyglądały jak pocałunek jej i Emiko, z wulgarnymi podpisami i głupimi, karykaturalnymi serduszkami. Przesunęła palcem po jednej z kartek. Papier zadrżał lekko pod jej dotykiem. W tej samej sekundzie wszystkie kartki, które były rozwieszone na korytarzu, na tej ścianie i dalej, przy szafkach, na tablicy ogłoszeń, zaczęły cicho płonąć. Nie było ognia w zwykłym sensie. Nie było dymu ani gorąca. Papier po prostu ciemniał od brzegów, aż zapadał się w siebie i znikał, zostawiając tylko drobne smugi powietrza, które szybko się rozpraszały. Kiedy Hina otworzyła oczy, nie było tam już nic. Ściany wyglądały dokładnie tak, jakby nigdy nic na nich nie wisiało. Przez moment jeszcze patrzyła przed siebie. Potem poprawiła wstążkę pod szyją, odgarnęła lekko włosy i ruszyła w stronę klasy na lekcję matematyki.

.

.

Lekcja to była zwyczajna, aż do bólu znajoma. Nauczyciel przesuwał się powoli wzdłuż tablicy, pisząc kredą kolejne wzory.

– A więc jeżeli mamy równanie kwadratowe w postaci standardowej, to delta, czyli b² minus 4ac, pozwala nam określić liczbę pierwiastków…

Hina siedziała spokojnie, torba leżała obok jej nóg, a na biurku rozłożony był zeszyt. Od czasu do czasu podnosiła wzrok i patrzyła na nauczyciela. Emiko siedziała obok, skulona. Jej dłonie mocno trzymały ołówek, którym co chwila zapisywała w zeszycie pojedyncze liczby. Litery wychodziły jej krzywe, pochylone. Z przodu klasy Yukiho oparła podbródek na dłoni. Jej usta były wygięte w mały, uprzejmy uśmiech, ale co chwila jej spojrzenie na moment wędrowało w bok w stronę Hiny. Tam zatrzymywało się na ułamek sekundy, a potem szybko wracało do tablicy. Sprawdzała, czy Hina nadal tam siedzi, czy może już dawno wstała i stoi tuż za nią. Nauczyciel podszedł do okna i przez chwilę wyglądał na zewnątrz.

– Przepiszcie jeszcze to – powiedział, kreśląc na tablicy kolejne wzory. – Jutro sprawdzimy, kto naprawdę rozumie, jak policzyć miejsca zerowe.

Po klasie przesunął się szelest przewracanych kartek. Kilka osób westchnęło. Hina zanotowała parę linii bardzo starannym pismem, ale jej długopis zatrzymywał się co jakiś czas w pół słowa, ponieważ coś innego zaprzątało jej uwagę. Obok Emiko zapisała jeden wiersz cyfr, a potem jeszcze dwa drobne, niepewne. Dzwonek na przerwę zabrzmiał po tym, gdy skończyli przepisywać kolejne wzory. Część osób aż podskoczyło. Hina odłożyła długopis powoli. Podniosła wzrok i na moment jej oczy zatrzymały się na plecach Yukiho, która właśnie wstawała z gracją, strzepując niewidzialny pyłek z rękawa mundurka. Spojrzała na Emiko i bardzo lekko kiwnęła głową. To wystarczyło, żeby ta wyprostowała się o milimetr. Szkoła powoli pustoszała. Dźwięk zamykanych szafek, głosy uciszane w pół słowa, trzask drzwi prowadzących na dziedziniec. Emiko wyszła pierwsza, obejrzała się raz drobne, nerwowe spojrzenie, ale Hina tylko kiwnęła głową, pozwalając jej iść samej, więc zniknęła w tłumie wychodzących uczniów. Kuroda poczekała jeszcze chwilę, oparta plecami o ścianę korytarza. Jej torba delikatnie ocierała się o materiał mundurka. Potem odbiła się od ściany i skierowała w stronę tylnego korytarza. Tam gdzie schody prowadziły w dół, do piwnicy. Drzwi były uchylone. Hina zeszła powoli, krok za krokiem. Jej buty nie wydawały prawie żadnego dźwięku, a w wilgotnym, lekko zatęchłym powietrzu unosił się zapach starej cegły. Piwnica była pusta – przynajmniej teraz. Na kamiennej posadzce wciąż jednak widać było drobne plamy, które nie były już świeże, ale zostawiły ciemniejsze cienie na porowatej powierzchni. Tu i ówdzie leżały resztki świec, z których wosk skapnął w długich, skamieniałych strużkach. Hina przesunęła palcem po jednej z takich grudek. Potem podniosła go do oczu i patrzyła przez chwilę na ledwo widoczny osad. Przechyliła głowę lekko, uśmiechnęła się drobno.

– Jeszcze ciepłe myśli – wyszeptała, prawie serdecznie. – Ciekawie będzie zobaczyć, do czego doprowadzi wasz głód.

Odwróciła się i wróciła w stronę schodów, jej dłoń musnęła zimną poręcz, zostawiając na niej cień swojego dotyku. Kiedy wyszła na górę, korytarze były już prawie puste. Minęła tylko kilku nauczycieli. Wyszła tylnym wyjściem ze szkoły i zeszła w wąski zaułek za salą gimnastyczną. Tam, między starymi murami porośniętymi cienkim, szarym mchem, było cicho. Uklękła powoli, opierając dłonie o kolana. Jej oddech wyrównał się, stał się tak płytki, że wyglądała niemal jak posąg, bez drgnienia, bez jednego poruszenia powieki. Cisza wypełniła przestrzeń wokół niej. Kiedyś, dawno temu, takie chwile były wszystkim, co znała. Teraz były tylko krótkim odpoczynkiem w drodze do czegoś, co znów miało rozkwitnąć czerwienią.

.

.

Emiko szła szybkim krokiem przez mały rynek. W głowie miała tylko jedną myśl: żeby dojść do domu jak najszybciej.

Kiedy otworzyła drzwi, od razu zobaczyła, że babcia siedzi na futonie, trochę bardziej zgarbiona niż zwykle, a jej ręka trzymała się klatki piersiowej.

– Babciu? – rzuciła torbę i przykucnęła przy niej natychmiast.

– To nic, kochanie… – odparła staruszka słabym głosem, z uśmiechem, który miał ją uspokoić. – Tylko trochę szybciej bije serce. Weź tam… te recepty, co leżą na stole. Idź do apteki. Potrzebuję leków. Nie ma sensu czekać, aż tak się rozhuśta, wiesz przecież, że to zawsze pomaga.

– Ale… to ostatnie pieniądze.

– I dobrze, na co by miały pójść? – machnęła ręką.

Emiko wstała, wzięła kopertę z kilkoma zmiętymi banknotami i receptą.

– Zaraz wrócę.

– Wiem. – Babcia posłała jej drobny, zmęczony uśmiech. – Tylko idź już, póki apteka otwarta.

Wyszła znów na ulicę. Powietrze było cięższe niż po południu, a niebo zaczynało przygasać w złamanym różu. Skręciła w boczną uliczkę prowadzącą do głównego traktu. Nie zauważyła nawet, że za rogiem stały dwie postaci w mundurkach. Jedna z nich miała w dłoni cienki, biały sznur, który owijała i rozwijała wokół palców, patrząc w jej kierunku bez uśmiechu. Ruszyła dalej, nie zwracając na nich uwagi, w stronę apteki, ściskając kopertę z receptą tak mocno, że aż ją lekko pogniotła.

– Recepta, tabletki… potem wracam, potem wracam… – szeptała do siebie paranoicznie.

Niebo powoli gasło, stając się coraz głębsze, a uliczne lampy jeszcze nie włączyły się w pełni. Tylko w niektórych oknach domów paliło się światło. Minęła mały sklep spożywczy i wtedy usłyszała delikatny dźwięk zamykanych drzwi samochodu. Odwróciła głowę niedaleko, tuż za rogiem, stał ciemny sedan. Drzwi od strony pasażera uchyliły się. Emiko przyspieszyła kroku, zacisnęła torbę jeszcze mocniej przy piersi.

– Spokojnie – usłyszała za sobą nagle głos.

Zanim zdążyła krzyknąć, coś owinęło się wokół jej ust i pociągnęło do tyłu. Chłód szorstkiego materiału sznura otoczył jej ramiona, a dłonie mocno zacisnęły się na jej przegubach.

– Nie ruszaj się, Sato-san. To dla twojego dobra i wszystkich tutaj – wyszeptała tuż przy uchu dziewczyna.

Drzwi samochodu otworzyły się szerzej. Ktoś ze środka wyciągnął rękę, złapał ją za ramię i razem wciągnęli ją do środka, zamykając drzwi. Auto odjechało, niknąc za zakrętem.

.

.

Emiko siedziała skulona na zimnej macie, ręce miała związane za plecami szorstkim sznurem, który wbijał się w nadgarstki tak mocno, że aż czuła pulsowanie krwi pod skórą. Jej nogi były skrępowane w kostkach, a w ustach tkwił kawałek materiału, który smakował gorzko, jak stary kurz i coś metalicznego. Wokół niej, w półmroku piwnicy, kręciły się sylwetki w mundurkach. Każda z nich miała na twarzy białą maskę, przewiązaną z tyłu cienką wstążką. Yukiho stała najbliżej. Maska zasłaniała jej twarz, ale widać było, jak unoszą się i opadają jej ramiona, a palce lekko zaciskały się na małym nożyku z rączką owiniętą czerwoną nicią.

– Już niedługo… – powiedziała. Jej głos stłumiła maska, ale w tej ciszy i tak szło go rozpoznać. – Jeszcze chwila i nasza wyspa znów będzie bezpieczna. Wszyscy będą mogli spać spokojnie.

Emiko szarpała się słabo, jednak sznur trzymał ją mocno, a materiał w ustach tłumił każdy dźwięk, który chciał wydostać się z jej gardła. Jej oczy były szeroko otwarte, pełne czegoś, co już dawno przekroczyło zwykły strach. Był to obłęd. Ktoś ustawił kolejne świeczki w kręgu, ich płomienie poruszały się w każdą stronę, rzucając na ściany pokręcone cienie. Kilka dziewczyn klęczało na macie, szepcząc coś pod nosem. Ich głosy zlewały się w jeden miękki szmer, który brzmiał bardziej jak wiatr w wysuszonych trzcinach niż jak prawdziwa modlitwa. Yukiho odwróciła się, skinęła lekko głową, dając znak, że mogą zaczynać. W piwnicy było coraz duszniej. Yukiho unosiła nóż nad ramieniem Emiko, powtarzając pod nosem słowa, które znała z zeszytów swojej matki. Dziewczęta w maskach pochylały głowy, a jeden z chłopaków drżał, trzymając misę z czerwonym płynem. Emiko szarpała się raz, drugi. Sznury wbijały się w skórę, a szmatka smakowała coraz gorzej. Słyszała własny puls w skroniach.

– Dla wyspy – powiedziała Yukiho. – Dla naszego przetrwania.

Drzwi do piwnicy otworzyły się z piskiem. Zeszła Hina. Szła spokojnie. Na twarzy miała maskę, jedną z ich. Ale z wnętrza maski patrzyły oczy. Oczy, które znały rzeczy, których nikt tu nie był gotów pojąć. Ktoś szepnął:

– Kim ona jest…

Yukiho wpadła w szał. Jej palce zacisnęły się mocniej na rękojeści noża.

– Kurwa, to znowu ona… Zwiążcie ją – nakazała. – Teraz.

Dwóch chłopaków ruszyło pierwszych. Jeden z lewej, drugi z prawej, jakby chcieli ją złapać od boku i powalić. Hina nie drgnęła. Pierwszy chłopak sięgnął po jej ramię. Złapał. Ale wtedy w jednej sekundzie jego staw barkowy przemieścił się ze zgrzytem, a ciało runęło na ziemię z uderzeniem. Z gardła wydobył się krzyk. Drugi próbował ją uderzyć. Przechyliła głowę. Uderzenie przeszło bokiem. Odpowiedziała obrotem, lekko, tanecznie. Jego kolano ugięło się nienaturalnie, skręciło je w drugą stronę. Ktoś z tyłu próbował chwycić ją za włosy. Zanim dotknął, Hina obróciła się gwałtownie i jej pięść powaliła go na plecy. Został tam, wyjąc z bólu. Zamieszanie ucichło. Kilka dziewcząt cofnęło się do ściany. Spojrzała na nie przez maskę. Wzrok pod nią jarzył się ciemnym ogniem, jednak nie dostrzegły tego płomienia.

– Wasze zaklęcia są puste – skomentowała. – Słowa bez znaczenia. Ruchy, których nie rozumiecie. Chcieliście krwi? To ją dostaniecie. Ale nie tej, o której myśleliście.

Yukiho szarpnęła się, próbując odczytać, czy to blef.

– To ty burzysz porządek tej wyspy… Ty wszystko psujesz…!

– Nie – przerwała jej Hina. – Ja tylko przychodzę wtedy, gdy ktoś woła. Każdy krzyk, każdy moment, kiedy ktoś cierpi w ciszy i nikt nie słyszy.

Podeszła do Emiko. Kucnęła. Jednym ruchem dłoni przecięła sznury, niewidzialnym ostrzem. Drugim wyjęła szmatkę. Emiko spojrzała na nią przez łzy.

– Hina… nie… Nie zostawiaj mnie…

– Właśnie cię ratuję. Ale to nie miejsce dla ciebie. Uciekaj. I nie oglądaj się za siebie.

– Ale… ty…

– Zostawiłaś mi ślad. Nie potrzebuję nic więcej.

Wstała. Chwiała się. Ale kiedy Hina znów spojrzała na nią – tym razem bez maski – zrozumiała. Wybiegła, chwytając się ścian. Pozostali członkowie sekty zaczęli się zbierać. Kilkoro osób sięgało po noże, inni chwytali świeczki jak broń. Yukiho dyszała, trzymając się za ramię.

– Co teraz? – syknęła. – Chcesz nas zabić?

Hina rzuciła maskę na podłoże. Jej oczy były ciemne, głębokie.

– Nie chcę. – Zrobiła krok do przodu. – Ale… wasze czyny chcą. – Rzuciła świecę na środek kręgu. Nie płonęła ogniem.

Płomienie rozpełzły się po ziemi, nie dotykając ciał, ale… oznaczając je. Twarze członków sekty pobladły. Kilka osób zaczęło się szarpać, ale nie mogli ruszyć nóg. Rytuał się zaczął. Na ścianach pojawiły się znaki. Na ziemi krew zaczęła zbierać się w kształty – koła, krzywe, zaklęcia. Pierwszy chłopak jęknął. Drugi zawył. Dziewczyna obok Yukiho upadła na kolana i z ust poleciała jej strużka krwi. Hina zamknęła oczy.

– Na tej wyspie już nigdy nie będziecie rządzić strachem.

Patrzyła na Hinę, a w jej oczach pierwszy raz było coś więcej niż gniew. Była czysta trwoga.

– My… my tylko chcieliśmy ochronić wyspę – wydusiła. – Robimy to od pokoleń. Nasze matki, ich matki… to nie było złe!

– Kiedyś może i nie – odpowiedziała Hina. – Ale dzisiaj składacie ofiarę nie dla wyspy, tylko dla siebie. Dla władzy. Dla dumy.

Spojrzała na nich wszystkich.

– A duma nie zna litości. Więc i ja jej nie dam.

Z kieszeni swojego mundurka wyjęła stary, rytualny nóż. Czarną klingę z lekko wygiętym ostrzem, był to jej własny. Nie było na nim ani krwi, ani światła. Tylko cichy, matowy chłód.

– Nie… błagam… – wyszeptała jedna z dziewczyn, ledwo utrzymując się na kolanach. – My tylko… tylko robimy, co nam kazano…

– Właśnie – odparła Hina. – I nigdy nie przestaliście się słuchać. Ani myśleć.

Podeszła do pierwszej. Dziewczyna próbowała się odsunąć, ale jej ciało odmówiło posłuszeństwa. Gdy Hina klęknęła naprzeciw niej, zaczęła szlochać.

– Widziałam… jak Emiko płakała – wyjaśniła przez zęby. – Ale… nie powiedziałam nic. Przepraszam. Naprawdę… Przepraszam! – te słowa kierowała do Kurody, ale ta je ignorowała.

– Gdy pierwszy raz spojrzałaś na nią jak na kogoś, kogo można zniszczyć… to był twój wybór. – Uniosła nóż. – I teraz to będzie mój.

Cios był szybki, czysty, poderżnięcie gardła. Dziewczyna zadrżała tylko raz. Potem osunęła się na bok, ciało uderzyło o matę. Świeca obok niej zgasła. Reszta zaczęła krzyczeć.

– Proszę! Ja jej broniłam! Nigdy nic nie zrobiłam! – krzyczała jedna z nich.

– To nie ja zaczęłam! To Yukiho! – dodała druga.

– Ona nas zmusiła! – błagała trzecia.

Hina przeszła do kolejnej. Każdy cios był rytualny. Każdy poprzedzony spojrzeniem. I krótkim szeptem, który słyszała tylko ta jedna osoba.

– Kłamiesz. Patrzyłaś. Nie ruszyłaś się.

Krew zbierała się w zagłębieniach w matach. Ściany, na których wcześniej rysowały się cienie świec, teraz zaczynały pokrywać się wzorami przypominającymi starojapońskie sigile – symbole zemsty. Ostrze ślizgało się po szyjach, jakby prowadziła je niewidzialna dłoń starsza niż ona sama. Yukiho została ostatnia.

Nie płakała. Patrzyła na Hinę z podniesioną głową, z dumą.

– Myślisz, że jesteś lepsza? – burknęła. – Przychodzisz i wszystko niszczysz. Ale to ty jesteś potworem. Ty!

Hina zbliżyła się powoli. Kucnęła naprzeciw niej. Ich oczy były teraz na tej samej wysokości.

– Tak – odpowiedziała spokojnie. – I właśnie dlatego wygrałam.

Uniosła nóż. Yukiho spojrzała jej prosto w oczy.

– Wrócę. Przysięgam. Nawet jeśli mnie zabijesz.

– Wiem – szepnęła Hina. – Ale nie dzisiaj.

Ostatni cios, prosto w gardło. Jej świeca zgasła. Piwnica ucichła. Został tylko zapach świeżej krwi. Hina uniosła głowę i zniknęła. Tylko maska została, leżąca w środku kręgu, a jej biel miała teraz czerwone obramowanie, pewnie z krwi.

.

.

Emiko wpadła do domu z rozwianymi włosami i torbą ledwie trzymaną na ramieniu.

– Babciu?! – zawołała głośno.

Z pokoju dobiegł cichy, spokojny głos:

– W kuchni, kochanie.

Nie mogła uwierzyć, potem niemal wbiegła na próg. Babcia siedziała przy stole. Uśmiechała się. W ręku trzymała parujący kubek herbaty. Na blacie leżało małe pudełeczko z lekami – pełną już fiolką – i koperta.

– Wszystko w porządku…? – patrzyła na nią szeroko otwartymi oczami. – Przecież… przecież ci było… źle… Leżałaś…

Babcia uśmiechnęła się.

– Źle? Och, rano miałam zawroty głowy, ale ktoś… bardzo życzliwy przyniósł mi leki. I kopertę.

– Kto? – przyklękła obok niej. – Kto ci to dał?

– Młoda czarnowłosa, piękna uczennica. Dotknęła mnie, poczułam się lepiej. Mówiła, że przychodzi od rodziny Nakamura. Że mieli dobroczynną darowiznę i chcieli się podzielić. Wyrównać coś z przeszłości. Powiedziała też, że mam ci przekazać „jesteś bezpieczna”.

Babcia podsunęła kopertę. W środku były pieniądze. Dużo więcej, niż się spodziewała – na leki na długie miesiące. I jeszcze coś. Mała, ręcznie wypisana kartka z napisem: „Aby córki mogły dorastać bez długu wobec cudzych win.” Przeczytała to zdanie kilka razy. W głowie coś jej mignęło jak obraz pod wodą. Cień dziewczyny. Długie włosy, uprzejmy uśmiech, czerwona wstążka. Szmer głosu. Ale imienia nie było.

– Emiko? – zapytała babcia łagodnie. – Wszystko dobrze?

Dziewczyna wstała wolno.

– Tak… tylko… mam wrażenie, że coś mi umyka… Coś zapomniałam… Ale czuję ulgę…

Spojrzała przez okno. Na niebie wschodziło słońce, a fale łagodnie uderzały o brzeg. Emiko przez moment patrzyła, czekała, że coś się tam pojawi. Ale już nic nie było. Tylko delikatne wspomnienie czyjejś dłoni, która oswobodziła ją ze sznura.

.

.

Czerwone, ciepłe pasmo z wyświetlacza telefonu pulsowało powoli na niskim stole. Na ekranie wyświetlała się lista, ta sama co zawsze: drobne, smukłe znaki w starannej kaligrafii, żyjące własnym rytmem. Jedno z imion: Yukiho Nakamura drgało, rozjaśniało się, aż w końcu zostało odznaczone. Hina przeciągnęła palcem przez ekran. Dane opadły, rozpłynęły się we własnym cieniu. Przez dłuższą chwilę siedziała w milczeniu, z ramionami lekko opartymi o kolana. Nie było uśmiechu. Nie było też bólu. Wstała. Materac zmiękł pod jej krokiem. Zdjęła mundurek. Woda była ciepła. Zanurzyła w niej dłonie, potem twarz, aż włosy spłynęły jak ciemna rzeka. Spłukała z siebie wszystko szum głosów, echo strachu, puls rytualnego kręgu, nawet krew. Po chwili wróciła do środka, owinięta cienkim kimonem w kolorze popiołu. Jej włosy schły wolno. Usiadła znów przed telefonem. Lista była pusta. Ale tylko przez moment. Pojawiły się nowe znaki. Nowa lokalizacja. Nowa ofiara. Nowy oprawca. Ale jeszcze nie teraz. Jeszcze nie. Teraz był czas dla niej. Położyła się na materacu. Jej dłoń przesunęła się po brzegu poduszki. A potem zasnęła. Bez snów. Bo one śniły się za nią gdzie indziej.

Łukasz Janowicz

.

1
0

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *