.

SPOWIEDŹ

.

Przeciągły piskliwy dźwięk telefonu stacjonarnego wypełnił szczelnie skromną kawalerkę. Kobieta o krótkich, niemal zupełnie siwych włosach, nerwowo drgnęła. Obróciła głowę w stronę dobiegającego sygnału i głośno jęknęła. 

– Jasna cholera – mruknęła do siebie z niezadowoleniem. – No i nie miał, kiedy się rozdzwonić! – Zmarszczyła brwi. – Cały dzień milczy, a jak tylko człowiek zabierze się za jakąś robotę, komuś nagle się pali! No coś takiego!

Ze złością trzasnęła konewką o parapet, oparła dłonie na rączkach do kul ortopedycznych i powoli ruszyła z miejsca. Ostrożnie dotykała stopami wysłużonego dywanu z wyblakłymi wzorkami a właściwie przemieszczała się głównie siłą ramion. Szła przy akompaniamencie uporczywie dzwoniącego telefonu. Pomstowała i narzekała. Gdyby tylko mogła, pewnie wymachiwałaby rękoma, ale one były zajęte. Od czasu do czasu na twarzy staruszki pojawiał się grymas wysiłku i cierpienia. Każdy krok sprawiał jej ogromny trud. Wreszcie opadła na niski tapczan przykryty kwiecistą kapą i wyciągnęła rękę w kierunku aparatu telefonicznego. W tym momencie zapanowała kompletna cisza. 

– Szlag by to trafił! – wybuchnęła kobieta. 

Zamknęła oczy i spokojnie policzyła do dziesięciu. Odczekała jeszcze kilka minut i z trudem dźwignęła się z kanapy, żeby rozpocząć powrotną pielgrzymkę do okna. Telefon ponownie zadzwonił. Kobieta nie oddaliła się aż tak bardzo, więc zrobiła nieporadny obrót, dopadła do niewielkiego stolika i przez nieuwagę zrzuciła słuchawkę telefoniczną na podłogę. Wydobycie słuchawki spod chwiejącego się na wszystkie strony mebla, który pamiętał jeszcze czasy Gierka, zajęło jej dobre kilkanaście sekund. Telefon wciąż dzwonił. Wydawało się nawet, że coraz bardziej nachalnie.

– Halo?! – ryknęła w końcu w słuchawkę, dając wyraźnie do zrozumienia, że jest rozsierdzona.  

Odpowiedziały jej trzaski a zaraz potem staruszka usłyszała odgłos rzewnego łkania. 

– Halo?! – powtórzyła. – Jest tam kto?

– Tooo jaaaa! – Szloch stawał się coraz bardziej donośny i zatrważający.

– To znaczy, kto?! – drążyła gniewnie. – Proszę mówić wyraźniej! Nic nie rozumiem!

– Nieeee poooooznajesz mnie? – odezwał się ponownie kobiecy głos, który przywodził na myśl wyjącego kojota. 

Właścicielka kawalerki zastygła w bezruchu. 

– Marta?  – Przełknęła ślinę przez zaciśnięte gardło. –  Martuś, co się stało? – wykrztusiła. Próbowała opanować kotłujące się w jej myślach czarne scenariusze. 

Jezus Maria, co się mogło wydarzyć???

– Baaaaabciu, miaaaaałam wypadek i… – Rozmówczyni zrobiła pauzę między jednym spazmem szlochu a drugim. – Jeśli nie zapłacę dwudziestu tysięcy, spraaaaaawa trafi do sądu i będę miaaaaaała powaaaażne kłopoty – wyrzuciła z siebie. 

– Boże drogi! – Staruszka pobladła. Miała wrażenie, że jej serce ominęło jedno uderzenie, kiedy informacja o wypadku wnuczki odbiła się echem w jej głowie. – Co ty do mnie mówisz? – wyrzęziła. – Nic ci nie jest?

Dziewczyna znów uderzyła w szloch. 

– Czuuuuję się dobrze, ale zniszczyłam auuuutoooo tego druuuuuugiego kierowcy. Muuuuuszę zaaaaapłacić – lamentowała dalej.

– Marta, uspokój się. – Kobieta z ogromną ulgą przyjęła informację, że wnuczka jest cała. – Przecież jesteś ubezpieczona. – Zdrowy rozsądek stopniowo brał górę nad emocjami.

– Nieeeee maaaaam teraz czasu ciiii teeeego tłuuuumaczyć. Potrzebuuuuję kasy. Natychmiast! – domagała się krewna.

– Skąd niby mam wytrzasnąć dwadzieścia tysięcy? Przecież dobrze wiesz, że nie śpię na pieniądzach.

– Z twoich oszczędności. – Głos wnuczki stał się nagle opanowany i zasadniczy.

– Słucham?

– Oni mówią, że wpaaaaadnę w gigantyczne taaaaarapaty, jeśli zaraz nie zaaaaapłacę. – Dziewczyna znów wróciła do pochlipywania i zawodzenia. – Kolega przyjedzie oooodebrać od ciebie forsę, doooobra?

– Jacy oni? Nie mam żadnej forsy! Gdzie jesteś? To na pewno ty? 

W słuchawce rozległ się zgrzyt a następnie stukot. Połączenie zostało nagle przerwane. Na czoło staruszki wystąpiły drobniutkie kropelki potu. Złapała za niewielki notatnik leżący na stoliku przy telefonie i zaczęła gorączkowo przerzucać strony. Mimo że tyle razy dzwoniła do wnuczki i znała numer na pamięć, teraz bała się, że się pomyli. Drżącą ręką wykręciła poszczególne cyfry i czekała. 

– Cześć, babciu. – Odezwał się dźwięczny radosny głos. 

– Marta, miałaś wypadek?

– Ja? Skądże. Właśnie jadę do ciebie autobusem. 

– Nie autem?

– Zapomniałaś? Przecież sprzedałam Leonka w zeszłym tygodniu. – Marta z rozrzewnieniem pomyślała o czerwonym Seacie. 

– No tak! Teraz sobie przypominam! Ktoś do mnie dzwonił i podał się za ciebie. Wyobrażasz sobie, co ci ludzie nie wymyślą?

– Co? 

– No poważnie. Ta oszustka zamierzała wyłudzić ode mnie pieniądze.

– Babciu, nie mogę teraz rozmawiać, ale będę dosłownie za dziesięć minut. Wtedy mi wszystko na spokojnie opowiesz. 

Marta w jednej ręce trzymała torbę z zakupami, w drugiej telefon, starając się nie stracić równowagi i nie grzmotnąć na podłogę zatłoczonego autobusu.

– Jedź ostrożnie… To znaczy oby kierowca jechał ostrożnie…

– Pa, babciu.

Marta wiedziała, że musi skończyć rozmowę jak najszybciej, ponieważ w przeciwnym razie będzie zmuszona do wysłuchiwania całej opowieści z najdrobniejszymi szczegółami. Dziewczyna pokręciła ze zdumieniem głową. Zastanawiała się, co też jej babcia wymyśliła tym razem.

.

.

Igor Łęcki minął gosposię Ludomiłę na schodach prowadzących do plebanii. Kobieta postawiła sobie za punkt honoru, że je dokładnie wyszoruje, chociaż żadne zabiegi już nie mogły im pomóc. Popękane i odkruszające się kafle odstraszały wyblakłym brązowym kolorem, przywodząc na myśl raczej zniszczoną podłogę w miejskiej toalecie niż wejście do siedziby probostwa. 

– Dzień dobry – ukłonił się uprzejmie chłopak i zlustrował wiadro wypełnione wodą z mydlinami oraz szczotkę z przytwierdzoną do niej szmatą. 

Ludomiła nie uznawała mopów ani nowoczesnych detergentów. Twierdziła, że wszelkie powierzchnie najlepiej myje się metodami tradycyjnymi. 

– Dobry, dobry – odburknęła, wyprostowała się i obrzuciła Igora chłodnym spojrzeniem. – Proboszcz jest zajęty – poinformowała nieprzyjaznym tonem. – Prosił, żeby nikt mu nie zawracał głowy – podkreśliła celowo słowo „nikt”. 

Igor już zdążył przywyknąć do tego, że gosposia nie darzyła go sympatią. Zresztą podobne uczucia żywiła do większości ludzi, z którymi wchodziła w jakiekolwiek interakcje. Spędzenie połowy życia z mężem alkoholikiem tłumaczyło wiele, więc mimo jej szorstkiego sposobu bycia, chłopak bez większego wysiłku zdobywał się na wyrozumiałość.

– Ja tylko na chwilę – odparł niezrażony cierpką uwagą kobiety. – Pani Ludomiło, dzięki pani te schody w ogóle jakoś się trzymają – pochwalił ją wesoło. 

– Niech się nie podlizuje – mruknęła. – Niech wchodzi do proboszcza i zejdzie mi z oczu. 

W kącikach ust Igora zamajaczył uśmiech. 

– Już znikam, pani Ludomiło. 

Do kancelarii parafialnej prowadził wąski niczym kiszka korytarzyk wyłożony starym dywanikiem niedbale rzuconym na pokrytą lamperią podłogę. Dwa krzesła wciśnięte pomiędzy niską komodę a regał z literaturą katolicką pełniły rolę bardziej dekoracyjną niż użytkową. Rzadko kiedy ktokolwiek zjawiał się u proboszcza a już na pewno nigdy nie zdarzała się sytuacja, w której parafianie musieliby czekać na audiencję w kolejce i potrzebowali usiąść. Ludzie nie przepadali za Jerzym i nie ufali mu. Odbębniali niedzielne msze i szybko umykali z kościoła. Na środowych modlitwach różańcowych zjawiała się jedynie garstka najbardziej gorliwych parafianek. 

Na ścianach po obu stronach korytarzyka wisiało kilka świętych obrazków oprawionych w najtańsze tandetne ramki. Jeden z nich, przedstawiający Jezusa w ogrodzie Getsemani, niebezpiecznie przechylał się na prawą stronę i groził runięciem na podłogę. Igor starał się go wyprostować, ale obrazek z uporem maniaka wciąż się przekrzywiał. W końcu wysiłki Igora doprowadziły do tego, że ze ściany wypadł gwóźdź. Chłopakowi ledwo udało się go wepchnąć z powrotem w dziurę i ponownie powiesić obrazek. Łęcki stanął przed drzwiami z plastikową matową szybą i zapukał, wprawiając ją w rytmiczne drgania. Odpowiedziała mu bezbrzeżna cisza. Wreszcie nacisnął klamkę i wszedł do środka.

– Czy ja powiedziałem, że można?

Za biurkiem siedział korpulentny mężczyzna w wieku około pięćdziesięciu pięciu lat pochylony nad jakimiś papierami. Ubrany w zwykłą rozchełstaną kraciastą koszulę i ciemne dżinsowe spodnie, nie przypominał proboszcza. Leniwie podniósł głowę i zmrużył oczy.

– Mam kupę pracy – oznajmił krótko. – Zapoznaj się w końcu z godzinami przyjęć i dostosuj się do nich.

– Musimy porozmawiać. 

Igor rozejrzał się po pomieszczeniu. Nie cierpiał tego miejsca. Zapach stęchlizny połączony z wonią starego drewna przyprawiały go o mdłości. Od lat nic się tu nie zmieniło.

– Ja nic nie muszę – zaoponował Jerzy, bawiąc się długopisem.

W kancelarii zapanowało zawiesiste milczenie. Zdawało się nie do przełamania.

– Nie mam kasy, Igor – wycedził wreszcie duchowny i wrócił do studiowania rozłożonych na blacie dokumentów.

Chłopak ciężko opadł na stojące przed biurkiem krzesło. Starał się całą siłą woli puścić stwierdzenie księdza mimo uszu. Audi A3 zaparkowane przed plebanią świadczyło o czymś wręcz przeciwnym. Odmienny obraz prezentowało również gustownie urządzone mieszkanie proboszcza znajdujące się na piętrze, które stało wręcz w rażącym kontraście z podupadającą kancelarią parafialną i zaniedbanym budynkiem kościelnym.

– Wylali mnie z rozlewni perfum – wyznał Łęcki głosem pełnym rozpaczy. 

– A czy to moja wina? – zapytał retorycznie Jerzy. – Uważasz, że ponoszę odpowiedzialność za twoje porażki zawodowe? 

– Nie. Po prostu nie wiem, co mam zrobić. Nie wiem, dokąd pójść.

Proboszcz głęboko westchnął i odchylił się na krześle. Pomasował kark a potem złożył dłonie niczym do modlitwy.

– Trzeba było skończyć informatykę a nie snuć marzenia o karierze tancerza – sarknął.

– Przecież skończyłem studia zao…

– Dlatego właśnie nie możesz znaleźć sensownego zajęcia. – Jerzy bezceremonialnie wszedł mu w słowo. – Wiadomo, co szanujący się pracodawcy sądzą o studiach zaocznych. 

– Dobrze wiesz, tato, że na Podlasiu ciężko o pracę – skontrował Igor. Ich spojrzenia spotkały się w niemym pojedynku. – Chociaż może nie zdajesz sobie z tego sprawy… – Chłopak nie mógł się powstrzymać. 

Proboszcz skrzywił się, jakby przypomniał sobie o czymś nieprzyjemnym. Nie lubił, gdy Igor nazywał go ojcem. Grymas na jego twarzy utrzymywał się jeszcze przez kilka sekund. Wreszcie popatrzył na chłopaka i pociągnął łyk kawy. 

– Może czas się stąd zwijać? Napłaciłem się ja już za twoje rachunki, czynsze i pieluchy dla dziecka – wyliczył ksiądz na jednym oddechu. – Musisz wreszcie stanąć na nogi. Nie jestem dojną krową – żachnął się. 

– Zdaję sobie z tego sprawę. Dziękuję za twoją pomoc. Serio. – Łęcki nie znosił płaszczyć się przed ojcem, ale kolejny raz nie miał wyboru.

– Jak bardzo jesteś zdesperowany? – zapytał Jerzy, gapiąc się w okno.

– Cholernie. Jestem gotów na każdą robotę, byleby pozwoliła mi spłacić długi i regulować na bieżąco rachunki. Muszę zatroszczyć się o rodzinę. Jeśli nic się nie zmieni, wyjedziemy.

– No to może klub Tulipan? – zasugerował cynicznie proboszcz i wlepił w syna świdrujący wzrok. – Przynajmniej twoje tańce nie poszłyby w las. 

Igor zwiesił głowę a potem nią bezradnie pokręcił. Często dumał nad tym, skąd w słudze Bożym brało się tyle szyderstwa i zgryźliwości. Czuł, że ojciec patrzy na niego z politowaniem noszącym znamiona pogardy. Był jego doskwierającym wyrzutem sumienia, żeby nie powiedzieć ropiejącym wrzodem na tyłku. Kimś, kto nieustannie przypominał mu o grzechu, którego Jerzy dopuścił się ponad dwadzieścia pięć lat temu. Oficjalnie Igor uchodził za syna kuzyna proboszcza. Nieoficjalnie parafianie nieustannie plotkowali na temat ich relacji, ale nikt poza bezpośrednio wtajemniczonymi nie znał prawdy. 

Matka Igora wyjechała do Francji tuż po jego osiemnastce i odzywała się sporadycznie. Od czasu do czasu przelewała na konto pieniądze, trąbiąc przy tym donośnie o swojej szczodrości. Nigdy nie zasugerowała, że mogłaby ściągnąć syna z rodziną do siebie. Jednak nawet wtedy, kiedy wciąż mieszkali razem, wcale nie kryła się z tym, że rola matki niezbyt jej odpowiada. Historia pomiędzy nią a Jerzym była niczym wiele innych historii. Zakochali się i zerwali zakazany owoc, za co mieli zapłacić cenę. Mimo że proboszcz nie uchylał się od pomocy finansowej, nigdy nie okazywał Igorowi ojcowskich uczuć. A teraz Igor wyraźnie odczuwał, że staje się coraz mniej mile widziany w jego progach.

– Przyznam, że i to przemknęło mi przez myśl – odparł, trąc przedramię tak mocno, że na skórze pojawiły się czerwone szramy. – Ostatecznie doszedłem do wniosku, że się w striptizie nie odnajdę – zakończył kpiącym tonem.

Jerzy głośno cmoknął, nieśpiesznie sięgnął do szuflady i wyjął z niej bloczek z karteczkami. Gdy skończył pisać, podał karteczkę synowi. Łęcki szybko przebiegł wzrokiem po zgrabnych literach. 

– Remedium? 

– Firma SEO w Białej Podlasce. Zajmuje się pozycjonowaniem stron internetowych. Ich zdaniem jest analiza słów kluczowych, optymalizacja techniczna i tworzenie wartościowych treści – wymienił Jerzy.

– Wiem, co oznacza SEO – odparł chłopak z nutą urazy w głosie. Ojciec bez wątpienia pił do jego kwalifikacji merytorycznych. Robił to przy każdej możliwej okazji, żeby udowodnić, że syn jest niewiele wart. – Bardziej zastanawia mnie, dlaczego akurat teraz mieliby dać mi pracę. – Przesunął ręką po sportowej koszulce. – Jestem niemal pewien, że wysłałem im już kiedyś CV i nie przejawili żadnego zainteresowania. 

– Zamierzasz tam zadzwonić czy nadal rozbierać świat na czynniki pierwsze? – Proboszcz przekornie przechylił głowę na bok.

Igor zacisnął usta. 

– Powiedz, że dzwonisz ode mnie i koniecznie podaj hasło – dodał Jerzy.

– Co?

– Jest pod numerem telefonu.

Łęcki dokładniej przeczytał zapisaną informację.

– Stokrotka? – wymamrotał z niedowierzaniem. 

– Czy masz do mnie jeszcze jakiś interes? – Proboszcz zupełnie zlekceważył pytanie. 

– Nie. Dzięki. – Igor wstał i ruszył do drzwi. – Naprawdę jestem wdzięczny – dorzucił szczerze. – Mam nadzieję, że to ostatni raz, kiedy zawracam ci głowę.

– Tylko przygotuj się na to, że akurat w tej firmie wnikliwość nie jest atutem – zasygnalizował na pożegnanie Jerzy. W powadze, która spłynęła na jego twarz tkwiło coś niepokojącego.

Igor opuścił kancelarię parafialną. Zszedł po schodach, czując na plecach karcący wzrok pani Ludomiły, która zrobiła sobie przerwę w porządkach. Stała z jedną dłonią opartą o biodro, w drugiej dzierżyła papierosa. Paliła jak smok. W sumie co więcej jej pozostało? Namiastka przyjemności w pokręconej niczym splątana nić egzystencji. Syn proboszcza ściskał w ręce skrawek papieru – przepustkę do nowego życia. Zdusiwszy w zarodku dziwne odczucie dyskomfortu, wyjął z kieszeni telefon i spojrzał na karteczkę. 

– Igor! – Głos dobiegał od strony niewielkiego budynku kościelnego położonego kilkaset metrów od plebanii. 

Łęcki niechętnie schował karteczkę do kieszeni i podniósł oczy w kierunku dochodzącego dźwięku. Przez wybujałą trawę, która długo nie oglądała kosiarki, zasuwała wysoka tyczka w czarnej sutannie. Rude falowane włosy młodego mężczyzny powiewały zabawnie na delikatnym wietrze. Jakub Sawicki – jedyna osoba prawdziwie zainteresowana parafianami i żyjąca według tego, co głosiła. Jeśli ktoś tu kochał Boga i ludzi, to właśnie on.

– Masz chwilę? 

– Jasne. Dla ciebie zawsze – odparł Igor, chociaż w tym momencie wcale nie był zadowolony z takiego obrotu sprawy. 

– Usiądźmy – zaproponował wikary a następnie ruszył żwawo ku czemuś, co dawno temu było ławką. Dziś jednak prezentowało się, delikatnie mówiąc, marnie. Mężczyźni usiedli na oparciu złożonym z jednej poprzecznej belki i postawili stopy na ostatniej spróchniałej desce pełniącej funkcję siedziska. 

– Chcę cię o coś zapytać – odezwał się Kuba po dłuższej chwili ciszy. – Tylko odpowiedz mi szczerze. 

– Nie mam powodu kłamać. – Igor pochylił się i zetknął ze sobą palce obu rąk. – Jesteś moim najlepszym kumplem. 

– Twoim najlepszym kumplem, powiadasz… Jak długo zamierzałeś trzymać język za zębami, co?

– Ale o co ci chodzi?

– No, to powiem ci o co. Spotykasz się z kimś? – Pytanie zawisło ciężko w powietrzu.  

Łęcki milczał i tępo wpatrywał się w ziemię. Wreszcie gorączkowo przeczesał dłonią włosy i skinął głową. Czuł się coraz bardziej jak pokonany.

– Skąd wiesz? – wydusił z siebie wreszcie. – Czy mam romans wypisany na czole?

Z ust Kuby wydobyło się ni to westchnienie, ni to jęknięcie. 

– Śniło mi się przedwczoraj, że zdradzasz żonę – powiedział powoli. – To się źle skończy – dodał. Nie zabrzmiało to niczym złowieszcza przepowiednia, ale raczej jak wyraz troski zmartwionego przyjaciela. 

– Kuba – zaczął Igor i urwał. Zebranie myśli zajęło mu ze dwie minuty, ale przyjaciel cierpliwie czekał. – Dobijają mnie problemy finansowe. Brakuje na podstawowe potrzeby. Długi rosną. Hanka ciągle smęci i naciska. Kurwa – zmełł przekleństwo między zębami i natychmiast spojrzał przepraszająco na księdza. – Wszystko się po prostu skomplikowało. Życie się skomplikowało… A ona… – zawiesił głos. – Jest taka radosna. Taka niewinna. Taka…

– Jest taką idealną kryjówką przed burzą, prawda? – wszedł mu w słowo wikary. – Ile lat młodsza od ciebie? 

– Cztery.

– Na miłość boską, Igor! Przecież kochasz żonę. Nierozłączni od czasów liceum, zapomniałeś? Najbardziej zakochana para w całej szkole. Nie marnuj waszego życia! – Kuba patrzył na przyjaciela w sposób niepozostawiający żadnych wątpliwości, jak ogromna jest jego determinacja. – Masz syna. Drugie dziecko w drodze. Tak po prostu nie można!

– Myślisz, że nie wiem? – zaskowytał Igor i energicznie pomasował skronie. – Nie potrafię przestać. Pogubiłem się.

– Od kiedy się spotykacie?

– Od dwóch miesięcy. Nie spałem z nią – dorzucił, jakby chciał tchnąć w wiadomość nieco optymizmu.

– Kamień mi po prostu spadł z serca – oznajmił ironicznie Kuba i zszedł z oparcia ławki. – Dobrze wiesz, że to tylko kwestia czasu. Co zamierzasz zrobić? 

– Zerwę z nią. Czuję się jak kupa gówna. 

– No to się tak nie zachowuj! 

– Dzięki! Uwielbiam pociechy w twoim wykonaniu. – Igor nerwowo zachichotał. – Naprawdę śniło ci się, że zdradzam Hankę? – Spojrzał na Sawickiego z niedowierzaniem.

– Nie, święty Alonzo mi powiedział. – Kuba przewrócił oczami i serdecznie się uśmiechnął. – Słuchaj. – Mężczyzna potarł kilkudniową szczecinę. – Bóg zatroszczy się o pieniądze, tylko nie staraj się być mądrzejszym od Niego. Zaufaj Mu. Nie łaź na skróty. W niczym. I jak najszybciej rozstań się z…

– Z Martą. Nazywa się Marta. 

– Żadna Marta nie jest…  

– Grzechu warta – dokończył posłusznie Igor.

– Hanka to świetna dziewczyna – powiedział entuzjastycznie Jakub. – Gdyby Bóg nie powołał mnie do stanu kapłańskiego, wyrwałbym ją zanim byś się obejrzał. 

Myśli Igora zaprowadziły go na chwilę do czasów, kiedy w trójkę tworzyli zgraną paczkę. Wspomnienia wspólnych wypadów w góry, podróżowania stopem po Europie i wielogodzinnych debat na temat sensu istnienia stanęły mu przed oczami w jednej chwili.

– Kochałeś Hankę…

– Tylko że ona nie widziała nikogo innego poza tobą – przypomniał wikary. – Więc nie schrzań tego. Będę walczył o was jak lew. – Pomachał Łęckiemu palcem przed nosem. – Dobra, już dość tych reprymend. Zabieram się za trawnik – mruknął bez żadnego zapału.

– A co z panem Włodkiem? Nie przychodzi już?

Sawicki pokręcił tylko przecząco głową i ruszył w stronę plebanii. Nie musiał niczego wyjaśniać. Generalnie współpraca Jerzego z kimkolwiek kończyła się tym, że ludzie znikali urażeni, ponieważ proboszcz uchodził za mistrza w okazywaniu braku szacunku. Aż dziw, że gosposia wciąż go znosiła. Może przywykła do opryskliwego traktowania i uwagi Jerzego spływały po niej jak woda po kaczce.

Igor odprowadził Kubę wzrokiem a potem znów sięgnął po telefon. Wklepał numer i przyłożył komórkę do ucha. 

– Firma Remedium. Dzień dobry. W czym mogę pomóc? – wyrecytowała jakaś kobieta w tak sztuczny sposób, że Igor sądził przez chwilę, że ma do czynienia z automatem. Dalej by tak myślał, gdyby na końcu nie kaszlnęła.

– Dzień dobry. Chciałbym zapytać o pracę.

– Niestety nie mamy aktualnie żadnych nowych ofert – odpowiedziała bez wahania.

– Nazywam się Igor Łęcki. Dzwonię od proboszcza Jerzego Kalinowskiego z Ciciborskiej Łąki, parafia św. Brygidy – wyrzucił na jednym oddechu i zerknął na pogniecioną karteczkę. – Hasło: stokrotka.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– Proszę poczekać – poinstruowała go wreszcie kobieta i włączyła wesołą poczekalną melodyjkę. 

– Halo? Robert Kozłowski. – Po około minucie w słuchawce rozbrzmiał głęboki męski głos. 

– Dzień dobry. Dzwonię od…

– Tak, wiem. Koleżanka przekazała – przerwał Igorowi mężczyzna. – Przyjedź do siedziby firmy za jakąś godzinę. Dasz radę? – Kozłowski bezceremonialnie przeszedł na „ty”. 

– Tak – odpowiedział Łęcki. Spojrzał na zegarek. Z ulgą stwierdził, że ma wystarczająco dużo czasu, żeby pojechać do domu po CV i list motywacyjny.

.

.

Igor zaparkował leciwego Forda Focus na osiedlu Kopernika. Firma mieściła się przy ulicy Sławacińskiej, gdzie o tej porze ciężko było znaleźć wolne miejsca parkingowe. Łęcki nawet się cieszył, że może przejść kawałek piechotą. Wiedział, że po drodze minie tą super kawiarnię. Dobrze zdawał sobie sprawę, że nie powinien wydawać pieniędzy na wypasione Latte Macchiato z syropem orzechowym, ale zadziwiająco szybko usprawiedliwił swoją decyzję. Wmawiał sobie, że tym razem wszystko się ułoży. W końcu zacznie zarabiać. Wyszedł z kawiarni zadowolony, niosąc w dłoni papierowy kubek z kawą. Pod pachą trzymał tekturową teczkę z dokumentami. Przyśpieszył kroku. Wolał zjawić się w biurze firmy wcześniej i spokojnie poczekać. Dopił kawę przed odrapanym budynkiem, wyrzucił pusty kubek do śmieci i wszedł do środka. Tablica, na której wypisano nazwy firm kierowała go na trzecie piętro. Postanowił pojechać windą. Kiedy wysiadł zauważył naprzeciwko windy białe drzwi z nazwą i logo firmy – kolorową parasolką i konturami człowieka chroniącego się pod nią przed deszczem. Zapukał i kiedy usłyszał głośne „proszę”, poczuł dziwny uścisk w żołądku. Ciało próbowało mu coś zakomunikować, ale on pomyślał, że się po prostu stresuje. Otworzył drzwi i wszedł do środka.

Pomieszczenie nie było duże. Przy biurkach siedziały trzy osoby zajęte bacznym śledzeniem czegoś na ekranach komputerów i stukaniem w klawiaturę. W lewym rogu stała kanapa a przed nią okrągły stolik obładowany kubkami i filiżankami. Z innego pomieszczenia wychynęła dziewczyna, spojrzała na stolik i za chwilę podeszła z tacką, żeby zabrać brudne naczynia. Tuż za nią wyłonił się mężczyzna w wieku około trzydziestu lat. Był wysokim szczupłym brunetem w okularach o ekstrawaganckich oprawkach.

– Ty pewnie jesteś Igor – odezwał się i mocno uścisnął rękę Łęckiego. – Rozmawialiśmy przez telefon. Nazywam się Robert Kozłowski. Usiądź, proszę. – Pokazał na kanapę. – Napijesz się czegoś? 

– Nie, dzięki. 

– Może chociaż szklanka wody? 

– Dobrze, chętnie.

– Malina! – ryknął mężczyzna. 

Malina posłusznie przyniosła butelkę z wodą i szklankę. Postawiła przedmioty na stoliku przed Igorem i ich oczy na chwilę się spotkały. Gdyby Łęcki miał określić jednym słowem jej spojrzenie, byłoby nim słowo: pustka.

– Przejdźmy zatem do sedna. – Robert umościł się wygodnie na sofie. – Zakładam, że wszystkie osoby, które poleca proboszcz Jerzy są ludźmi zaufanymi i zdeterminowanymi. – Uważnie otaksował Igora wzrokiem. – Moja firma opiera się na głębokim zaufaniu – wyjaśnił. – Nie chciałbym używać słowa „ślepym”, ale coś w tym jest. – Mężczyzna zamyślił się. – Od pracowników oczekuję lojalności i dyskrecji. Żadnego wtykania nosa w nie swoje sprawy. – Kozłowski rytmicznie zabębnił palcami po oparciu kanapy. 

Specyficzny opis profilu firmy – pomyślał Igor. Oblało go parzące zimno, które spływało od karku wzdłuż kręgosłupa. Chłopak wzdrygnął się, jakby chciał z siebie zrzucić zbyt ciężkie okrycie.

– Tutaj jest moje CV i list motywacyjny – powiedział i wyciągnął w stronę Roberta rękę z papierową teczką. – Wysłałbym na adres mailowy, ale nie byłem do końca pewien, na jaki – dodał z wahaniem w głosie. – Wydaje mi się, że już kiedyś…

– Nie potrzebuję tego – oświadczył stanowczo Kozłowski, wchodząc Igorowi w słowo. – Na tę chwilę twoja praca będzie polegała na odbieraniu gotówki od naszych klientów – kontynuował. 

– Nie rozumiem. – Igor cofnął rękę a na jego twarzy odmalowało się zdumienie. – Pracownicy firm SEO wykonują chyba trochę inne zadania? Mam robić za kuriera? – wyrwało mu się.

– No właśnie. – Brunet teatralnie pokiwał głową. – Takich sytuacji chciałbym właśnie uniknąć – oznajmił. – Dostajesz zlecenie. Nie zadajesz zbędnych pytań. Interesuje cię tylko wykonanie kursu do klienta i przekazanie mi forsy. Pracujemy w dni powszednie, a jeśli istnieje taka konieczność to również w weekendy. Na początek ktoś będzie ci towarzyszył i obserwował, jak sobie radzisz. Potem będziesz jeździć sam. Wchodzisz w to czy nie?

Igor przełknął ślinę. Zapaliły mu się na czerwono wszystkie możliwe lampki. Instynkt samozachowawczy podpowiadał, że powinien wiać tam, gdzie pieprz rośnie, ale długi krzyczały coś zupełnie odwrotnego: bierz robotę i chrzań całą resztę! Jakaś część niego chciała się dowiedzieć, kim są klienci, od których miałby odbierać pieniądze, i czy działalność jest w ogóle legalna. Przyparty do muru przez brak pieniędzy i rosnące długi, postanowił tę kwestię przemilczeć.

– Ile będę zarabiać? – zapytał zamiast tego.

– I to mi się podoba – wypalił z uznaniem Robert. – Konkretne pytanie. Konkretna odpowiedź. Na początek około piętnastu tysięcy miesięcznie. Potem stawka wzrośnie zależnie od ilości zleceń. 

Igor parsknął, zalewając dżinsy wodą.

– Piętnaście tysięcy? – wymamrotał. 

– Owszem. – Robert rzucił mu pobłażliwe spojrzenie ze szczyptą politowania. – Przewiduję również premie za inwencję twórczą, ale o tym w swoim czasie. 

Cholera jasna – zaklął w myślach Igor. Praca śmierdziała coraz bardziej niczym rozkładające się truchło. Z drugiej strony otwierała nowe możliwości. Piętnaście patyków? Takiej kasy na raz Igor nie oglądał na oczy w całym swoim życiu. I nie przypuszczał, że kiedykolwiek może ujrzeć. Jego wyobraźnia niemal natychmiast roztoczyła przed nim sielankowe scenariusze. Spłaci długi i już nigdy nie będzie musiał się martwić o to, co włożyć do garnka. Hanka od dawna marzyła o wakacjach zagranicą. Jeśli rzeczywistość opisywana przez Kozłowskiego miała cokolwiek wspólnego z prawdą, już nie tylko wczasy w Egipcie stały przed nimi otworem, ale i na jakiejś pięknej egzotycznej wyspie.

– To co? Wchodzisz w to? – zapytał ponownie właściciel Remedium. 

– Jak w masło – wyrzucił z siebie Igor. 

– Dobra. – Robert wstał z kanapy. – To część mojej ekipy. – Kiwnął głową w stronę ludzi okupujących miejsca przed ekranami komputerów. – Michał, Anka i Sławek. Malinę już znasz. Jest jeszcze kilka kolesi, którzy pracują w terenie. Pewnie kiedyś się na nich natkniesz. To twoja komórka. – Kozłowski wręczył Igorowi urządzenie. – Każdego dnia około południa będziesz otrzymywać powiadomienie o zleceniach. Godziny, adresy i tak dalej. Czasem pojedziesz tylko w jedno miejsce, innym razem w kilka. Zdarzą się dni bez pracy. Odbierasz kasę i przyjeżdżasz do firmy. Zrozumiano?

– Tak – bąknął Igor i również wstał. 

– Masz jakieś auto? 

– Zdychającego Forda.

– Na razie wystarczy. Zarobisz kasę, kupisz coś lepszego.

Łęcki doszedł do wniosku, że bardziej idealny moment na wyartykułowanie prośby nie nadejdzie.

– Wiem, że jeszcze nic nie zrobiłem dla firmy – zaczął. – Jestem jednak w kryzysowej sytuacji i potrzebuję zaliczki.

Pracownicy najpierw zastygli w bezruchu, potem wychylili się zza ekranów z rozdziawionymi ustami, żeby za chwilę wrócić do bębnienia w klawiaturę. Robert ściągnął brwi a następnie wybuchnął chrapliwym rechotem. Igorowi zrobiło się wręcz niedobrze od dźwięku śmiechu mężczyzny.

– W kryzysowej sytuacji? Człowieku, tu nie zgłasza się nikt nie będący w kryzysie – wycedził. – Normalnie to byś na kopach stąd wypierdalał, ale ponieważ cenię sobie współpracę z proboszczem, udam, że nie słyszałem – skwitował.

Jaką współpracę z proboszczem? Igor poczuł, że zmierza prosto do bagna, z którego może się tak łatwo nie wygrzebać. Jednocześnie miał wrażenie, że już zabrnął za daleko. Wyprężył klatkę piersiową, jakby przygotowywał się do jakiegoś starcia. 

– Ustalmy, że teraz dostanę połowę, a resztę pod koniec miesiąca – obwieścił. – Szczęśliwy pracownik to dobry pracownik. – Mięśnie jego żuchwy napięły się i rozluźniły a żyły na szyi stały się lepiej widoczne.

Robert splótł ramiona na piersi i zrobił krok do tyłu niczym bokser próbujący ocenić oponenta.

– Masz fory tylko ze względu na Jerzego – burknął. – Cztery tysiące i ani złotówki więcej. Chodź. 

– Sześć.

– No chyba sobie jaja robisz! 

– Sześć. Będę tak pracował, że nie pożałujesz – obiecał.

Kozłowski parsknął.

– Chodź.

Wyszli z budynku tylną bramą na niewielki parking. Kozłowski otworzył bagażnik bordowego luksusowego mercedesa, w którym walało się kilkanaście aparatów telefonicznych. Sięgnął do tekturowego pudełka i wyciągnął plik banknotów. Odliczył sześć tysięcy i podał Igorowi. 

– Zadowolony? – zapytał gniewnie. – Jeśli się okaże, że coś kombinujesz, nogi ci z dupy powyrywam – zagroził. 

– Nic nie kombinuję. 

– To się jeszcze okaże.

– Po prostu jestem totalnie pod kreską. 

– Okej. Czekaj jutro na wytyczne – fuknął Robert i zatrzasnął z impetem klapę bagażnika. – A teraz spływaj. 

– Mam jeszcze jedną sprawę. Tylko się nie wścieknij. – Igor czuł, że stąpa po bardzo cienkim lodzie, mimo to postanowił zaryzykować. – Muszę załatwić pilną sprawę w najbliższy weekend. 

Z oczu Roberta niemal wystrzeliły pioruny. Drgnął nerwowo. 

– Nie mam pojęcia w co ty, kurwa, pogrywasz – warknął. – Jeszcze żeś palcem nie kiwnął a już stawiasz tysiąc warunków? 

– Wiem, że nie wygląda to najlepiej – przyznał Igor. 

– To wygląda koszmarnie! – podsumował Kozłowski. – Dobra. I pamiętaj, zgadzam się tylko ze względu na Jerzego! W tygodniu zapieprzasz. Możesz wziąć sobie wolne w weekend – prychnął.

– Wszystko odpracuję! – krzyknął Igor za oddalającym się mężczyzną. – Będziesz zadowolony!

Łęcki ruszył na osiedle Kopernika. Pakował się w niezły bigos, wiedział o tym, ale gruby plik banknotów w tekturowej teczce przynosił mu dziwne ukojenie. Kiedy dotarł do swojego samochodu, zawibrowała jego komórka. Chłopak długo wpatrywał się w ekran telefonu. Jesteś moją radosną myślą, z którą się budzę i zasypiam. Tęsknię za Tobą. Czasami boję się, że znikniesz, ale potem uświadamiam sobie, że jesteś zbyt realny. Kiedy się spotkamy? Igor zacisnął powieki. Marta. Już przecież podjął decyzję. Nienawidził siebie za to, ale nie potrafił postąpić inaczej. Ty jesteś radosną myślą całego mojego życia – napisał. – Co powiesz na weekendowy wypad do Ciełuszek? Wysłał wiadomość i natychmiast skasował historię rozmów z ostatnich dwóch dni.

.

.

– Gdzie się wybierasz? – Igor patrzył ze zdziwieniem na żonę. Kobieta stała przed lustrem w ciasnym korytarzyku ich wynajmowanego mieszkania i malowała rzęsy tuszem. 

– Dobrze, że już jesteś – rzuciła poddenerwowanym tonem. – Odbierzesz Wiktorka z przedszkola? Idę do Rossmana na rozmowę o pracę. 

– Przecież jesteś w ciąży. Hania, daj spokój.

Kobieta odwróciła się gwałtownie w stronę Igora.

– Daj spokój?! Żartujesz sobie?! – huknęła. – Ktoś musi wziąć w końcu odpowiedzialność w tym domu! 

Uwaga dotkliwie zabolała Igora. 

– Myślisz, że się nie staram? – syknął.

– Póki co, niewiele z twoich starań wynika. 

– Jasne – warknął cynicznie. 

– Jedyne, co potrafisz to żebrać o kasę u proboszcza – wyrzuciła Hanka z żalem.

Ten komentarz dźgnął Igora jeszcze mocniej. Gnany wściekłością wyszedł z mieszkania, trzaskając drzwiami tak mocno, że niemal wypadły z futryny. Wyszedł z klatki schodowej i na zewnątrz wyjął telefon. Wyszukał w kontaktach imię „Staszek”. Wcisnął ikonkę słuchawki. 

– Marta? Gdzie jesteś? W pracy? Aha. Mogę na chwilę wpaść? Okej. Będę za jakieś pół godzinki. 

Po pasażu handlowym Metro krzątało się trochę ludzi, ale sklepy raczej świeciły pustkami. Igor namierzył lokal z biżuterią, zdjął z palca obrączkę i schował do kieszeni. Marta akurat uroczo nachylała się nad gablotą i pokazywała klientowi kolczyki. Chłopak poczekał aż mężczyzna po czterdziestce opuści sklep, następnie szybko podszedł do Marty i zatopił wargi w jej ustach. Wiedział, że postępuje jak szczeniak, ale nawet mu się to podobało.

– Co robisz? – Marta z trudem wyswobodziła się z jego uścisku i z niepokojem spojrzała w kierunku współpracowniczki. – Głuptasie – powiedziała ściszonym tonem. – Mogę stracić pracę przez takie zachowanie. To nie byle jaki sklep z biżuterią – dodała z uśmiechem. 

– Przepraszam. Po prostu musiałem to zrobić. – Igor odgarnął z jej twarzy kilka ciemnych kręconych kosmyków. – Dostałaś moją wiadomość o weekendzie? 

Marta zarumieniła się.

– Tak. Nie zdążyłam odpisać. Cieszę się na nasz wyjazd. A teraz zmykaj, bo będę miała kłopoty. – Przymrużyła figlarnie oczy.

Chłopak wyciągnął dłoń zza pleców i podał jej niewielką torebkę. 

– Co to jest? – Dziewczyna wyjęła ze środka flakonik. – Boże! Igor! One są cholernie drogie!

– Podobały ci się, prawda? Jesteś warta każdej ceny.

– Wariat! Skąd wziąłeś kasę na takie perfumy? Bank okradłeś? – zażartowała.

– Prawie że… 

Do sklepu weszła jakaś para i zaczęła przyglądać się naszyjnikom. Igor upewnił się, że nikt na nich nie patrzy i jeszcze raz pocałował Martę. 

– Uciekam. Pogadamy w weekend. – Puścił do niej oko.

Pamiętał, że ma odebrać Wiktora. Może między nim a Hanią nie układało się teraz dobrze, ale nadal próbował być odpowiedzialnym ojcem.

Kiedy wrócił do mieszkania z synkiem, Hanka siedziała w kuchni. Podpierała policzki dłońmi i patrzyła pustym wzrokiem w okno. Wystarczyło, żeby raz na nią spojrzał a wiedział, że płakała. Nagle zrobiło mu się jej żal. 

– Wiktorku, biegnij się pobawić.

Kiedy chłopczyk ruszył do swojego pokoju, Igor wszedł do kuchni i zaczął się bawić kluczykami od auta. Nagle się zorientował, że zapomniał włożyć obrączki. Odwrócił się tyłem do Hanki a przodem do blatu kuchennego. Położył tekturową teczkę na blacie, wyciągnął obrączkę z kieszeni i szybko wsunął na palec. O mały włos! Stawał się nieostrożny. Powinien bardziej uważać.

– Jak poszło w Rossmanie? – zapytał wreszcie i odwrócił się do żony.

– Nie byłam na rozmowie – odparła przygnębionym tonem.

– Haniu, dostałem dziś pracę – powiedział powoli. – Zadzwoniłem do firmy SEO i dostałem etat. – Łęcki postanowił nie wspominać o roli Jerzego w całej sprawie.

– Serio? 

– Tak. Będę zarabiać dużo pieniędzy. Niczego nam już nie zabraknie. Obiecuję.

Wargi Hanki lekko rozchyliły się ze zdumienia. Zmarszczyła czoło, jakby przetwarzała otrzymaną informację. Potem wstała i podeszła do męża. Wtuliła się w jego pierś. 

– Przepraszam za to, co powiedziałam rano – odezwała się cicho. – Zupełnie puściły mi nerwy. Nie miałam racji. To było bardzo niesprawiedliwe. Kocham cię najmocniej na świecie, wiesz? A ty?

– Co ja? – dociekał, chociaż doskonale wiedział, o co jej chodzi.

– Też mnie kochasz? – zapytała i zbliżyła usta do jego ust.

– Oczywiście – odparł nieprzekonująco i zrobił sprytny unik przed pocałunkiem.

Miał dziwne wrażenie, jakby zdradzał Martę z własną żoną! Sprawy naprawdę zaszły za daleko. Pocałował Hankę w czoło. 

– Wow! Cóż za czuły ojcowski buziak – skomentowała żartobliwie żona, ale w jej głosie dało się wyczuć nutę rozgoryczenia. 

Igor wyjął z teczki plik banknotów.

– Dwa tysiące. Na życie. – Podał żonie.

– Dwa tysiące? Skąd to masz? 

– Poprosiłem dyrektora o zaliczkę. Wyjaśniłem mu, że jestem w trudnej sytuacji. 

– To ile ostatecznie będziesz zarabiał? 

–  Jeszcze się dogadujemy – odpowiedział wymijająco. – Niemało, w każdym bądź razie.

– Bardzo miło ze strony szefa, że nam pomógł.

– No tak. W sobotę rano muszę wyjechać – oznajmił Igor, siląc się na naturalny ton. – Mam szkolenie w związku z pracą. – Poczuł, że szczypie go skóra na policzkach.

.

.

Kolejnego dnia tuż po dwunastej w południe Igor otrzymał esemesem listę adresów i informację, skąd powinien odebrać faceta, który przez najbliższe trzy dni miał mu towarzyszyć przy realizacji zleceń. We wsi Spokojna Woda przy przydrożnej kapliczce czekał niewiele starszy od Łęckiego mężczyzna – niski blondyn z długą rudawą brodą. Wsiadł do Forda i generalnie nie przejawiał ochoty na konwersację, jechali więc całą drogę w milczeniu oprócz jednego krótkiego momentu, w którym burknął pod nosem swoje imię – Radek. 

Pierwszym celem było gospodarstwo w Wilczynie. Igor zatrzymał się na obszernym podwórzu. Wysiedli z auta i poszli w kierunku wejścia. Łęcki otaksował wzrokiem zniszczone drzwi domostwa i płaty schodzącej z nich zielonej farby. Właśnie się zbierał, żeby zapukać, kiedy drzwi nieznacznie się uchyliły i w przestrzeń pomiędzy drzwiami a futryną wsunęła się żylasta ręka o pomarszczonej skórze. Igor sięgnął po przezroczysty woreczek z banknotami. Staruszek otworzył drzwi nieco szerzej i spojrzał na mężczyzn zmęczonym wzrokiem, zaczął mu się trząść podbródek. Był przerażony i sprawiał wrażenie, że próbuje coś powiedzieć, ale nie może wydusić z siebie ani jednego słowa. Igorem targnęło współczucie. 

– Dobrze się pan czuje? – zapytał z przejęciem. – Potrzebuje pan pomocy?

Radek złowrogo łypnął oczami na Igora.

– Zmywamy się – oznajmił szorstko. – Ale już. 

Po drodze do samochodu Radek się rozgadał. Nieprzyjemnym tonem klarował Igorowi, że nigdy pod żadnym pozorem nie wolno mu zagadywać klientów ani o nic ich pytać. 

W Woskrzenicach Małych zaparkowali przed domem numer dziesięć. Igor zadzwonił i czekał. Obok niego Radek – komisja egzaminacyjna. Wreszcie w drzwiach pojawiła się staruszka ubrana w szarą spódnicę za kolana i żółtą wyblakłą kamizelkę narzuconą na podziurawioną granatową bluzkę. Miała zafrasowaną twarz zaoraną zmarszczkami i podpierała się o drewnianą laskę. Podała Igorowi zawiniątko, jakby oddawała swój najcenniejszy skarb i wbiła w chłopaka pełen niepokoju wzrok. Głębokie bruzdy i wory pod oczami nabrały jeszcze większej wyrazistości.

– Tyle na pewno wystarczy, żeby Bartek wrócił? – zapytała łamiącym się głosem.

– Żeby wrócił skąd? 

– No z Irlandii. 

Łęcki z trudem przełknął ślinę. 

– Tak. Na pewno wystarczy – wykrztusił i zrobiło mu się słabo. 

– To dobrze. – Kobieta odetchnęła z ulgą. – Dziękuję, chłopcze – dodała i poklepała Igora po ramieniu.

– Czy ja się, kurwa, jasno nie wyraziłem? – ryknął Radek, kiedy oddalili się nieco od wejścia. – Miałeś się do nich nie odzywać! Czego nie rozumiesz?!

– Ale co mam zrobić, kiedy oni coś do mnie mówią? – Igor był na krawędzi łez. – Mam milczeć?

– Mogłeś powiedzieć po prostu: tak, wystarczy, a nie wyskakiwać: a skąd wróci? No ja pierdolę, czy kiedyś gęba ci się w ogóle zamyka?! Jak tak dalej pójdzie to wystawię ci negatywa i wypieprzysz z roboty na zbity pysk!

Kiedy wsiedli do auta, Igor spuścił głowę i ścisnął palcami grzbiet nosa. Był roztrzęsiony. 

– No co? Pękasz? – prychnął Radek. Zapalił papierosa. Zaciągnął się dymem i z nabożną czcią wypuścił dym nosem.

– Tu nie można…

– Co tam rzępolisz? 

Igor pękł. Łzy pociekły mu po policzkach, tworząc na skórze jasne smugi. Był pewien, że za chwilę usłyszy kpiny i szyderstwa. 

– Posłuchaj – odezwał się Radek bardziej przyjemnym tonem. – Przywykniesz. Na początku jest trudno, ale jeszcze kilka kursów i pocałujesz wyrzuty sumienia na pożegnanie. Nie zastanawiaj się i nie wnikaj. Myśl o kasie i po prostu rób swoje – poradził. – To co? Jedziemy? 

.

.

Proboszcz Jerzy odprawił panią Ludomiłę do domu, usiadł wygodnie w fotelu w swoim mieszkaniu na piętrze i włączył muzykę. Popijał białe wino, delektując się najnowszą płytą ulubionego zespołu jazzowego, dopóki przyjemne dźwięki saksofonu nie zostały brutalnie przerwane przez walenie pięściami w drzwi. Na twarzy Kalinowskiego pojawił się grymas niezadowolenia. Niechętnie odstawił kieliszek na stolik z bardzo kosztownego drewna i podniósł się z fotela. Musiał wyjść na zniszczoną klatkę schodową i zejść po skrzypiących schodach. Spojrzał przez wizjer. Igor stał przy samych drzwiach i brakowało tylko, żeby z nozdrzy zaczął ulatywać mu dym. Jerzy nieśpiesznie otworzył drzwi a jego syn dosłownie wdarł się do środka, niemal przewrócił kapłana. 

– Co ty, do cholery, wyprawiasz? – wrzasnął proboszcz.

– Co ja wyprawiam? – zagrzmiał Igor. 

– O co ci chodzi? – Jerzy oparł się o ścianę i skrzyżował ramiona na piersi. Przyglądał się spode łba chłopakowi miotającemu się po ciasnej przestrzeni niczym oszalały tygrys.

– Jesteś duchownym, tak? – Łęcki podszedł na tyle blisko, że Kalinowski poczuł jego oddech na swojej twarzy. – Powinieneś być przykładem, wzorem. Kimś, kurwa, na kim można się oprzeć. Powinieneś… – Zachłysnął się powietrzem. – Prezentować ludziom obraz Boga! A ty co?! – wrzasnął. – Współpracujesz z gnidami okradającymi bezbronnych staruszków?! 

Jerzy zachował całkowite opanowanie i spokój.

– I co zamierzasz z tym zrobić? – Położył dłonie na ramionach chłopaka i pchnął go lekko do tyłu. – Polecieć na policję? Obwieścić całemu światu, czym zajmuje się ksiądz Kalinowski? A leć sobie nawet i do samego papieża – wycedził butnie przez zęby. – Tylko już nigdy tu nie przyłaź, skomląc o pieniądze, niewdzięczniku. – Odwrócił się i powolnym krokiem ruszył z powrotem na górę. – Zatrzaśnij drzwi, jak będziesz wychodził. 

Gniew schodził z Igora niczym powietrze z dziurawego balona. Złość powoli ustępowała miejsca bezsilności. Kucnął przy ścianie. Słyszał dźwięki muzyki płynące z mieszkania na piętrze. Wyrzucał sobie w myślach, że tak łatwo dał się złapać w pułapkę. Czuł, że pętla kłamstewek i kłamstw zaciska się wokół jego szyi. Dusił się, ale nie widział innego wyjścia. Jaka przyszłość czeka go i rodzinę, jeśli nie znajdzie innej pracy? Po tylu porażkach Igor już nie wierzył, że uda mu się uczciwie zarobić pieniądze, których tak bardzo potrzebował. Niepowodzenia go złamały, zabiły w nim nadzieję i pewność siebie. Znalazł miejsce, w którym wreszcie mógł zdobyć kasę, odzyskać poczucie wartości. Czyżby? 

– Cicho! Zamknij się! – Igor zmusił wewnętrzny głos do milczenia. Wstał i opuścił budynek plebanii.

Proboszcz ponownie zasiadł w fotelu i sięgnął po kieliszek z winem. Nie miał stuprocentowej pewności czy Igor zostawi sprawę i schowa głowę w piasek, ale szczerze wątpił, że syn podejmie jakiekolwiek kroki przeciwko niemu. A nawet gdyby puścił parę z gęby, Jerzy zawsze spadał na cztery łapy. Zawsze. W kącikach ust księdza zamajaczył kpiący uśmieszek. Pogłośnił muzykę i zamknął oczy. 

.

.

W ciągu trzech dni Igor i Radek odwiedzili dwanaście gospodarstw. Obejmowały Nowy Sławacinek, Lisy, Burwin, Perkowice, Solinkę i kilka lokalizacji w Białej Podlasce. Łęcki zauważył, że z każdą kolejną sytuacją, jego uczucia stawały się jakby bardziej przytępione, pojawiało się coraz więcej rozsądnie brzmiących wymówek i argumentów, przychodził pewnego rodzaju dystans zaprawiony powolnym procesem zobojętnienia. Myśl o pieniądzach, które wydawały się na wyciągnięcie ręki skutecznie neutralizowała odruchy empatii. Igor dostał pozytywną opinię od Radka – swojego anioła stróża i w kolejnym tygodniu miał zacząć jeździć sam.

.

.

– Czyli chciałeś zostać zawodowym tancerzem? – Marta położyła głowę na kolanach Igora. 

– Noo – zamruczał i delikatnie pogładził jej aksamitne długie włosy. Spojrzał na rzekę. Polne kwiaty rosnące na brzegu Narwi skąpanym w sierpniowym popołudniowym słońcu wyglądały bajkowo a jednocześnie tchnęły przygniatającą nostalgią. – Niestety nie wszystkie marzenia się spełniają – rzucił z goryczą w głosie.

– Zatańczysz coś dla mnie? – zapytała dziewczyna.

– Eee tam. – Igor niedbale machnął ręką. 

– Proszę – zabłagała Marta. 

Łęcki niechętnie wyjął z kieszeni komórkę i zaczął przeszukiwać Spotify. 

– Co robisz? 

– Mam prezentować wygibasy na sucho? – Uśmiechnął się. 

Wreszcie wybrał utwór James’a Arthur’a Say you won’t let go, wstał, oparł telefon o plecak i odpalił piosenkę. Marta patrzyła z podziwem jak chłopak tańczy – lekko, niemal eterycznie, ale z wielką pasją. W pełni skoncentrowany wykonywał każdy ruch z ogromną precyzją. Właściwie on nie tańczył. On był tańcem. W oczach dziewczyny błysnęły łzy.

– Poruszyłeś mnie. Do głębi – wyznała.

– Chodź.

– Co? Gdzie?

– No do mnie.

Igor puścił jeszcze raz ten sam utwór. 

– O nie! Nie zmusisz mnie! Nigdy w życiu!

– Dlaczego?

– Bo słoń mi nadepnął na ucho. Bo nie mam poczucia rytmu i ruszam się, jakbym połknęła kij. Wystarczy? Czy mam cię dalej przekonywać, że to kiepski pomysł?

– Wcale mnie nie przekonałaś. Chodź. – Igor wyciągnął rękę, żeby pomóc Marcie wstać z koca. – Ja cię poprowadzę. Po prostu mi się poddaj.

– Aha – zarechotała. – Chyba właśnie dotknąłeś sedna problemu.

– Nie rozumiem. – Łęcki poruszał się blisko Marty, prowokując ją, żeby do niego dołączyła. 

– Nigdy nikomu nie dałam się poprowadzić! – zawołała. – Po prostu nie potrafię. Zawsze kończy się tak samo. – Zakryła twarz rękoma.

– To znaczy jak? – Igor objął Martę w pół.

– Zawsze ostatecznie to ja zaczynam prowadzić. Przejmuję kontrolę. Wcześniej lub później, ale raczej wcześniej.

– Nie dopuszczę do tego. – Chłopak przytulił ją mocno do siebie. – Chłoń muzykę sercem i przestań myśleć. Zaufaj mi. 

Tańczyli bardzo powoli, dopóki Igor nie poczuł, że mięśnie dziewczyny rozluźniają się. Z minuty na minutę współgrali ze sobą coraz lepiej a Marta sprawiała wrażenie odprężonej. Potem Igor wybrał utwór zatytułowany Empty Space tego samego wykonawcy. 

– Widzisz? Jest dobrze – pochwalił Martę. – Tamte rzeczy, które sobie wmówiłaś to brednie. 

– Bo ty masz dla mnie cierpliwość – odpowiedziała. – Inni faceci poddawali się po pół minucie. 

Inni faceci… Igor poczuł delikatne ukłucie w klatce piersiowej.

 Marta odsunęła się od niego na odległość ramion i spojrzała w jego błękitne oczy. 

– Skoro nie możesz tańczyć zawodowo, ucz innych. Ucz mnie. 

– To nie takie proste. Nie utrzymam się z lekcji tańca.

– Możesz pracować tam, gdzie pracujesz teraz. Tymczasowo. I rozwijać szkołę tańca aż…

– Aż…?

– Aż na tyle się rozwinie, że będziesz mógł się z tego utrzymać. Masz w sobie tyle pasji, tańczysz tak pięknie. Jestem pewna, że ci się uda. – Oczy Marty błyszczały, kiedy to mówiła.

– Tak myślisz? – zapytał cicho.

Hanka nigdy nie zachęcała go do podążania drogą serca. Z jednej strony to rozumiał, bo dobrze wiedział, że rozkręcenie takiej szkoły i zdobycie wysokiej renomy zajęłoby sporo czasu a przecież musiał utrzymać rodzinę. Z drugiej bardzo pragnął, żeby żona doceniła jego talent, żeby zobaczyła w nim kogoś więcej niż zdobywcę chleba. On też miał swoje marzenia. Jemu też grały w sercu tęsknoty, których nawet nie potrafił do końca ubrać w słowa. 

– Mówiłaś o innych facetach… – zaczął nieśmiało. – Dużo ich było?

Marta uśmiechnęła się zalotnie i zaczęła bawić się włosami.

– Paru…

– Paru, czyli dwóch czy więcej?

Dziewczyna westchnęła. 

– Dwóch, ale te relacje szybko się skończyły – powiedziała i zarzuciła Igorowi ręce na szyję. Stali tak blisko siebie, że Igor poczuł zapach jej waniliowego błyszczyka. 

Łęcki myślał, że Marta go pocałuje, ale ona niespodziewanie rzuciła się biegiem w stronę swojego roweru.

– Goń mnie! – krzyknęła i wskoczyła na siodełko.

Igor chwycił koc, wrzucił go do rowerowego koszyka i ruszył za nią. Wrócili do wynajętego domku zziajani i roześmiani. 

– Zatańczymy jeszcze raz? – zaproponowała Marta. 

– Oooo! Co ja słyszę? Czyli jednak ci się spodobało?

– Może trochę – przekomarzała się Marta. W rzeczywistości bardzo jej się spodobało a Igor o tym wiedział. 

Chłopak podszedł do niej i położył dłonie na jej biodrach. Atmosfera pomiędzy nimi zgęstniała. Bujali się przez chwilę mocno wtuleni w siebie. Wreszcie Łęcki odgarnął włosy dziewczyny i pocałował ją w szyję. Najpierw raz, potem drugi. Marta wyswobodziła się z jego uścisku i pociągnęła go za rękę do sypialni. Położyli się na łóżku. Igor delikatnie całował jej czoło, policzki, nos, usta i dekolt. Wsunął dłoń pod koszulkę dziewczyny. Pozwoliła mu pieścić swój brzuch, ale kiedy jego palce zaczęły piąć się wyżej, zwinnie przewróciła się na bok. Dłoń Łęckiego wędrowała po jej nagich udach, dopóki Marta nie zatrzymała jego ręki. Igor usiadł i spojrzał na dziewczynę.

– Martuś, coś się stało? Zrobiłem coś nie tak? 

– Nie. – Marta potrząsnęła przecząco głową i też usiadła. Objęła rękoma kolana. Wyglądała teraz na jeszcze drobniejszą i bardziej kruchą niż zwykle.

– Powiedz mi – zachęcił ją. – Przecież widzę, że coś jest nie tak. Jeśli nie chcesz tego robić, przecież nie musimy.

– Nie o to chodzi. – Marta spojrzała na niego a potem wstydliwie spuściła wzrok. – Chodzi o to, że ja jeszcze nigdy z nikim się nie kochałam. Miałam dwóch chłopaków, ale nie robiłam tego z nimi i trochę się stresuję – wyznała szczerze i przygryzła dolną wargę. – Nie chciałam wskoczyć pierwszemu lepszemu chłopakowi do łóżka – wyjaśniła. – Widziałam jak moje wyzwolone koleżanki popłakują po kątach, mają złamane serca. – Marta znów spojrzała na Igora. – Ty jesteś inny. Wiem, że mogę ci zaufać. – Wyciągnęła dłoń i pogłaskała go po policzku. – Jesteś dobry i kochany. Wiem, że ci na mnie zależy i chcę się z tobą kochać. Poprowadzisz mnie? Tak jak w tańcu? Ty na pewno masz doświadczenie. – W jej oczach widać było ufność i pragnienie, żeby oddać mu całą siebie.

Wtedy Igora ogarnęły fale mdłości. Poczuł do siebie dojmujące obrzydzenie. Był totalnym egoistą. Kretynem, który myślał tylko o sobie. Miał za chwilę zdradzić żonę i zabrać Marcie to, co chciała podarować komuś wyjątkowemu. Czy naprawdę zabrnął aż tak daleko? Boże! Czuł wstyd, potężny wstyd. Chciał od razu dziewczynie wszystko powiedzieć, ale nie miał odwagi. Pragnął ocalić resztki swojego wizerunku. Zerwie z nią, tak. Później. Wymyśli coś. Jakieś wytłumaczenie. Marta będzie płakać, on pewnie też, ale przynajmniej nie wykorzysta jej niewinności. 

– Wiesz co? – powiedział miękko. – To poważna decyzja. Nie podejmuj jej teraz.

– Ale dlaczego? – Na twarzy Marty wykwitł niepokój. – Mówisz tak dlatego, że nie mam doświadczenia? – Jej wargi lekko zadrżały.

– Nie, no co ty! Nie! – Igor ją przytulił. – Po prostu czuję, że to nie jest właściwy moment. Poczekajmy z tym, dobrze?

Marta się rozpłakała.

– Nie rozumiem. Przecież ci się podobam. Przecież chcesz być ze mną. Żałuję, że ci powiedziałam, że z nikim nie spałam – wykrztusiła. – To cię spłoszyło, a ja przecież chcę stracić z tobą dziewictwo. 

– Martuś, tak naprawdę nic o mnie nie wiesz. – Igor bezradnie pokręcił głową. – Jesteś cudowną dziewczyną. Zasługujesz na wspaniałego faceta. 

– A ty jesteś wspaniały!

Igor wstał z łóżka.

– Myślę, że powinniśmy wrócić. 

– Ale jak to? Teraz? Mieliśmy tu przecież spędzić cały weekend!

– Tak, wiem. Przepraszam. Strasznie głupio wyszło. Proszę, daj mi kilka dni. 

– Zrywasz ze mną? – Marta wpatrywała się w niego tak, jakby od jego odpowiedzi zależało jej życie. 

– Daj mi kilka dni, proszę – powtórzył.

Spakowali się i późnym wieczorem opuścili wynajmowaną chatę.

.

.

Marta właśnie złapała za klamkę od drzwi wyjściowych, kiedy zadzwonił domofon. 

– Słucham? – odezwała się zachrypniętym zmęczonym głosem. Przez ostatnie trzy noce prawie nie spała. Nie mogła spać, bo ciągle myślała o tym, co się wydarzyło w Ciełuszkach.  

– Policja. Proszę mnie wpuścić. 

Dziewczyna nacisnęła przycisk i odwiesiła na widełki słuchawkę domofonu. Oblał ją blady strach. Boże, coś się stało? Otworzyła drzwi na klatkę schodową. Zastanawiała się, czy policjant wjedzie na jej piętro windą czy wejdzie po schodach. Usłyszała dźwięk zbliżających się kroków. Funkcjonariusz wchodził szybko, pokonując po dwa schody jednym krokiem. Wreszcie zatrzymał się przed drzwiami jej mieszkania. Był ubrany w szarą bluzę z kapturem zasłaniającym pół twarzy. Dziewczyna natychmiast nabrała podejrzeń. 

– Mogę wejść? – zapytał i rozejrzał się nerwowo po klatce schodowej.

– Nie – odpowiedziała krótko Marta. 

– Naprawdę jestem funkcjonariuszem policji – wyrzucił z siebie ściszonym tonem i pomachał jej przed nosem legitymacją policyjną oraz odznaką.

– Takie rzeczy to każdy może sobie kupić – zakpiła Marta. – Skąd mam wiedzieć, czy są prawdziwe? Tato! – zasymulowała, chociaż nikogo nie było w domu.

Nawoływania ojca przez Martę nie zrobiły na mężczyźnie żadnego wrażenia.

– Proszę – błagał. – Robimy obławę na zorganizowaną grupę oszustów, którzy wyłudzają pieniądze od starszych ludzi. Proszę mi zaufać. Z pani mieszkania będę mógł obserwować budynek naprzeciwko. 

No chyba nie ma złych zamiarów? – zastanawiała się Marta.

– Czy ja jestem jedynym mieszkańcem tego bloku? – zapytała.

– Pani była pierwszą osobą, która mi otworzyła – bąknął.

– Muszę zaraz wyjść do pracy.

– To potrwa tylko chwilę. Poza tym pani ojciec jest w domu, tak? 

Marta pominęła pytanie policjanta milczeniem. W innych okolicznościach nie wpuściłaby kogoś takiego do środka, ale z mężczyzny emanowała jakaś prostolinijność. Mimo tego, że sytuacja wydawała się surrealistyczna, pozwoliła mu wejść do środka. Miała wielką nadzieję, że intuicja jej nie myli. Funkcjonariusz kilka razy podziękował i obrał za swój punkt obserwacyjny okno w kuchni. Zbliżył się do okna ostrożnie i subtelnie odsłonił firankę. Marta stanęła w progu i skrzyżowała ręce na piersi. 

– Mówi pan, że łapiecie oszustów? – zagadnęła, żeby przerwać niezręczną ciszę. 

– Aha… Właśnie dzwonili do staruszka, który mieszka na tym osiedlu, ale on ich rozpracował – odpowiedział policjant. – Udał, że połknął haczyk i umówił się na przekazanie pieniędzy a w międzyczasie zadzwonił do nas. Nasze telewizyjne apele nie poszły w las. – Mężczyzna zrobił pauzę. – Od kilku miesięcy próbowaliśmy bezskutecznie namierzyć zbirów. Nareszcie ich dorwiemy.

– Coś takiego! To jednak moja babcia nie ściemniała. 

– Ktoś wyłudził od niej pieniądze?

– Twierdzi, że w zeszłym tygodniu dzwoniła do niej jakaś kobieta i podała się za mnie. Powiedziała, że miała wypadek i pilnie potrzebuje kasy.

– Klasyka.

– A ja myślałam, że to tylko jej bujna wyobraźnia. Wie pan, ja za bardzo nie oglądam telewizji. Nie słyszałam apeli policji… 

W tym momencie zadzwoniła komórka policjanta. Mężczyzna przyłożył telefon do ucha, ale nadal czujnie obserwował osiedle mieszkaniowe przez kuchenne okno.

– Przyjechali? Aha…Młody facet? Jest sam? Nie wiecie? Okej. Czekajcie, aż opuści mieszkanie dziadka i dopadnijcie go przy wyjeździe z osiedla. Tylko nie spłoszcie skurczybyka. – Funkcjonariusz schował telefon do tylnej kieszeni spodni. – Dziękuję. Bardzo mi pani pomogła.

Marta wyszła z mieszkania niedługo po policjancie. Powinnam bardziej wierzyć babci – myślała, idąc osiedlową uliczką. Cała ta sytuacja na chwilę oderwała ją od nieustannego oskarżania siebie za to, co stało się między nią a Igorem. A raczej co się nie stało. To musiała być jej wina. Usłyszała za sobą szelest opon samochodowych, więc weszła na chodnik.

– Hej, Marta!

Dziewczyna spojrzała w bok.  Igor patrzył na nią przez opuszczoną szybę.

– Jedziesz do pracy? 

Marta twierdząco kiwnęła głową. 

– Wskakuj. Podwiozę cię. Musimy porozmawiać. Zdążymy wpaść do kawiarni? 

– Tak. Na krótko.

Igorowi ścisnęło się serce. Wiedział, że musi dziś zakończyć relację z Martą, ale żałował. 

Marta wsiadła do jego leciwego Forda. 

– Co ty tutaj robisz? – zapytała.

– Załatwiałem w pobliżu pewną sprawę.

Łęcki zatrzymał wzrok na jej ustach. Tak bardzo chciał ją pocałować. Ostatni raz. Skarcił się w duchu i ruszył. Po kilkudziesięciu metrach zatrzymali się na czerwonym świetle przy wyjeździe z osiedla. Niespodziewanie z bocznej uliczki wyłonił się samochód policyjny na sygnale i zablokował im drogę. 

.

.

– Czyli nie miała pani pojęcia, czym zajmuje się pani chłopak? – Otyły policjant z obwisłymi policzkami otarł pot z czoła i obrzucił Martę mętnym wzrokiem.

– Nie. Już przecież mówiłam. – Dziewczyna nerwowo potarła dłonie. 

– Co pani zatem robiła z podejrzanym w aucie tuż po tym, jak dopuścił się wyłudzenia pieniędzy o rzut beretem od pani mieszkania? – drążył bezlitośnie funkcjonariusz. 

– O tym też już rozmawialiśmy! Zaproponował, że mnie podwiezie i wsiadłam do jego Forda!

– Proszę się uspokoić.

– Jestem spokojna. – Dziewczyna zacisnęła usta. – Przecież tuż przed wyjściem, wpuściłam do mieszkania tego policjanta. Tego, co prowadził obławę na tę zorganizowaną grupę przestępczą, do której najwyraźniej należy… – Imię chłopaka nie mogło przejść Marcie przez gardło. – I potrzebował punktu obserwacyjnego – obwieściła. – Zapytajcie go. 

– Tak, tak. Wiemy.

Marta przesunęła ręką po czole. 

– To dlaczego jeszcze tu siedzę?

– Bo ten fakt wcale nie oczyszcza pani z podejrzeń o współudział. 

W dziewczynie zakipiało. 

– Czyli sugeruje pan, że po wizycie przedstawiciela prawa wsiadłam sobie spokojnie do auta Igora? Wie pan, że o mały włos a moja babcia padłaby ofiarą tych oszustów? Myśli pan, że jestem tak zepsutym człowiekiem, że spokojnie bym patrzyła, jak moja babcia jest okradana?! A może pan myśli, że pobiegłam ostrzec… i właśnie szykowaliśmy się razem do ucieczki?!

– Ja na razie nic nie myślę, pani Marto. Zbieram tylko zeznania. 

Marta wiedziała, że to nieprawda. Czuła, że policjant ukuł sobie w głowię całą historię na jej temat i nie wierzy w ani jedno jej słowo.

 – Pani, Marto – wtrącił się drugi funkcjonariusz, który do tej pory nie odezwał się ani jednym słowem. Był chudy i wysoki, tworzyli razem zabawny duet. – Czyli jest pani również kompletnie nieświadoma tego, że pan Łęcki ma żonę? – zapytał. – Oraz dziecko? – dodał. – Właściwie to już prawie dwójkę. Jego żona znów jest w ciąży.

Jego słowa odbiły się echem od ścian i uderzyły w Martę z ogromną siłą. Milczała przez dłuższy moment a potem po jej policzkach spłynęły łzy. 

– Niestety nie wiedziałam – odpowiedziała cicho.

– Powiadomiliśmy już pani rodziców. Z pewnością załatwią pani adwokata. Póki co, pozostanie pani w areszcie – oznajmił beznamiętnie gruby policjant. 

– Ja… – wydukała dziewczyna, otwierając szeroko oczy. – Nie mogę tu zostać. Jestem niewinna. 

– O tym zadecyduje już ktoś inny – odpowiedział ze stoickim spokojem mężczyzna. 

.

.

Funkcjonariusz przyprowadził Igora do niewielkiego pokoju. Rozkuł Łęckiego i pozwolił mu podejść do Kuby. Wikary zerwał się z krzesła i serdecznie uścisnął Igora. Potem usiedli naprzeciwko siebie przy odrapanym stole.

– Czy może nas pan zostawić samych? – zapytał Kuba policjanta. – Pan Łęcki chciałby się wyspowiadać tylko w mojej obecności. Ma do tego prawo.

Policjant skrzywił się i przez dłuższą chwilę milczał, ale w końcu opuścił pokój. Łęcki zwiesił głowę i przygarbił ramiona. 

– Trzymasz się? – zagaił Kuba. Patrzył na przyjaciela ze współczuciem.

– Ledwo – mruknął Igor. – W jaki sposób załatwiłeś sobie widzenie?

– Cóż. – Sawicki przysunął się bliżej. – Kiedyś pomodliłem się o tarczycę żony komendanta. Kobieta została uzdrowiona, więc pan Tomasz przymknął oko na procedury.

– Kuba, czuję się parszywie. Jestem beznadziejny! 

– Nie jesteś beznadziejny tylko postąpiłeś beznadziejnie. To jest różnica. 

– Nie wiem, co we mnie wstąpiło. 

– No myślę, że znęcił cię szybki, łatwy zarobek. Powiedz, co Marta robiła z tobą w aucie, co? Ona też jest w to zamieszana? 

– Nie, Boże, nie! Jest niewinna! Siedzi tu przeze mnie. Spotkałem ją na osiedlu. Wziąłem do samochodu. Chciałem z nią spokojnie porozmawiać. O zerwaniu…

– Czekaj, czekaj. A nie było tak, że już kilka dni wcześniej miałeś z nią zerwać?

– Było… Wszystko spieprzyłem, Kuba – stęknął Łęcki. – Nie posłuchałem cię i postąpiłem jak kretyn.

– A żeby to był pierwszy raz, kiedy mnie nie posłuchałeś – skomentował nieco zgryźliwie Sawicki. 

– Bóg się ode mnie odwrócił. – Igor ukrył twarz w dłoniach.

– Wiesz co? – Wikary odchylił się na krześle. – Powinieneś napisać doktorat z teologii. Gdyby Bóg miał się odwracać za każdym razem, gdy coś namotamy, musiałby prawie ciągle siedzieć z odwróconą od nas twarzą. Powiedz Mu, co czujesz. Poproś o wybaczenie. Rzeczywiście wpadłeś w niezłe bagno, ale Bóg cię nie zostawi. I tak gwoli ścisłości: to ty odwróciłeś się od Boga. Wierzę, że tylko chwilowo…

– Kuba, wyjechaliśmy z Martą na weekend…

– Panie! Zbawco świata! – jęknął wikary. – Czyli poszły konie po betonie?

– Nie przespałem się z nią. 

– Dzięki Ci, Jezu! – Sawicki wzniósł oczy ku niebu. 

– Było blisko, ale do niczego nie doszło. Zdałem sobie sprawę, że jestem okropnym egoistą i że nie mogę tak żyć!

– Dzięki Ci, Jezu, po raz drugi!

– Tylko tak strasznie się boję, co teraz będzie. Myślisz, że Hania mi wybaczy? – Igor wpatrywał się w przyjaciela oczami pełnymi wyczekiwania. 

– Nie wiem. Mam nadzieję. Potrzebuje trochę czasu.

– Czyli z nią rozmawiałeś?

– Tak.

– Pewnie jest na mnie wściekła.

– Powiedziałbym raczej, że czuje się zraniona, ale zdaje sobie sprawę, że ostatnio nie była dla ciebie niczym róże i fiołki. Wie, że jej język ciął jak żyleta i że… a zresztą sama ci powie.   Igor, musisz wyznać policji całą prawdę. Podać nazwiska i ujawnić wszystko, co wiesz. Nie byłeś głową sterującą akcjami, więc z pewnością potraktują cię łagodniej. Jak długo dla nich pracowałeś?

– Pięć dni – wyrzęził Łęcki. – Wiesz, ile mi grozi? Komendant coś mówił?

Kuba się skrzywił. Ostatnią rzeczą, której pragnął było kopanie leżącego.

– Do ośmiu lat.

– Jezu! – zaskowytał Igor. 

– Posłuchaj – Sawicki przerwał jego biadolenie. – Proboszcz opłaci ci jakiegoś adwokata. Nie dołuj się. 

Igor spojrzał na Kubę w taki sposób, że do archipelagu spokoju w sercu kapłana nagle nadciągnęło tsunami.

– Czy wiadomość o Marcie jest ostatnią rewelacją, czy zamierzasz mi powiedzieć, że spiętrzone chmury zapowiadające gigantyczną burzę dopiero nadejdą? – Spojrzenie wikarego stwardniało. 

Igor siedział w bezruchu, a potem powoli, niczym w filmie w zwolnionym tempie podniósł rękę do czoła i zaczął je masować.

– Igor – ponaglił go Kuba. – Mów.

Łęcki poczuł się niczym niemy od urodzenia.

– Proboszcz jest moim ojcem i to on dał mi kontakt do szefa szajki – wydusił z siebie w końcu. – Ma jakieś układy z grupą przestępczą.

Twarz księdza nabrała głębokiego odcienia purpury. 

– Co mam zrobić? – wycedził Igor. Gorączkowo szukał w przyjacielu ratunku. 

Sawicki jeszcze przez moment trawił usłyszane wieści. 

– Musisz powiedzieć całą prawdę – odparł wreszcie. 

– Genialne w swojej prostocie – parsknął Igor. 

– Bo prawda jest prosta, choć nie zawsze łatwa – podsumował Kuba. – Zawsze czułem, że proboszcz ma coś na sumieniu, ale modliłem się, żeby moja intuicja w tym wypadku zawiodła. Dręczyło mnie też dziwne wrażenie, że jesteś dla niego kimś więcej niż synem kuzyna.

– Ciebie też przemaglują – rzucił Łęcki. – Nie chcę, żebyś miał problemy.

– Problem, mój drogi, pojawi się wtedy, kiedy zaczniesz znów coś kręcić. Już wystarczająco nakombinowałeś. Teraz przyszedł czas na szczerość. Od początku do końca. 

– Ojciec ma znajomości – stwierdził ponuro Igor. – Wyjdzie z tego obronną ręką i…

– Ja też mam znajomości. – Wikary wszedł mu w słowo. – W niebie. Nie twierdzę, że temat nie jest gruby – przyznał. – Ale prawda jest jedyną opcją. Nie wiem, w jaki sposób potraktuje cię wymiar sprawiedliwości, ale będę się modlił o możliwie najłagodniejszą karę. Ani Bóg, ani ja cię nie opuścimy – zapewnił.

Igor nabrał powietrza i powoli je wypuścił. 

– Dzięki. Boję się, że trafię do paki na kilka lat. Co będzie z Hanią? Z dzieciakami? 

– Pomyślałem o tym. Zabiorę Hanię i Wiktorka do mojej mamy. Tylko na jakiś czas. Aż sprawy się wyjaśnią. Wiesz, jak mama lubi Hanię. Ucieszy się. Z Hanią też już rozmawiałem.

– Ale dlaczego tam? – Igor zbladł. – Chryste, myślisz, że coś im grozi?

– Nie wiem, co to za typy. Nie wiem, do czego są zdolni. Może dmucham na zimne, ale tak będzie lepiej.

Łęcki wyciągnął rękę i złapał Kubę za nadgarstek.

– Kolego, czy to teraz ty mi czegoś nie mówisz?

– Wyluzuj, Igor. Masz się teraz czym martwić. Przynajmniej będziesz miał świadomość, że twoja rodzina jest bezpieczna. 

– Dziękuję, że to dla nas robisz. – Oczy Igora zrobiły się wilgotne od łez. – Nie chcę, żeby tobie coś się stało. – Łęcki cofnął rękę. 

– A co ma się stać? Ufam Bogu. Wszystko będzie dobrze. To co? Powiesz całą prawdę?

Łęcki kiwnął głową.

– Wiesz, to dziwne, ale w jakimś sensie czuję ogromną ulgę, że mnie złapali. Kto wie, dokąd by mnie to wszystko zaprowadziło? – Igor przełknął ślinę. – Pewnie Bóg jedyny wie. Widzę twarze tych staruszków. Jest mi tak strasznie przykro! Powiem całą prawdę. Policji, prokuratorowi, Hance. Napiszę listy do tych staruszków, przeproszę ich za wyrządzoną krzywdę. Przeproszę Martę. Dość uciekania i chowania głowy w piasek. Chcę odzyskać to kim jestem. Nie jestem złodziejem. Nie jestem zdrajcą. Okropnie się pogubiłem, ale chcę wrócić. Boże, przebacz mi. – Po policzkach Łęckiego potoczyły się łzy.

–  No i teraz zaczynasz w końcu gadać z sensem. Bóg, Ojciec Miłosierdzia niech ci udzieli przebaczenia i pokoju przez posługę Kościoła. I ja odpuszczam ci grzechy, w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. – Wikary wykonał ręką znak krzyża.

–  Amen. 

– Wysławiajmy Pana, bo jest dobry

– A jego miłosierdzie trwa na wieki. 

– Pan odpuścił ci grzechy. Idź w pokoju.

M.M. Macko

1
0

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *