.

Symulacja Pożegnania

.

Dzień nad Miastem Cieni nie wstawał – on wyciekał raczej, sączył się leniwie z pękniętego sklepienia nieba niczym brudna, opalizująca benzyna. P-4W3Ł, android o wzroku cierpiącym na chroniczną ziarnistość, stał przed gmachem dawnej filharmonii. Nad jej portalem, w agonii migotał neon: „MUZEUM RZECZY, KTÓRE WYBYŁY Z OBIEGU”.

Nie przyszedł tu zwiedzać. Przyszedł oddać procesor J-4NNA, jednostki, która przed trzema cyklami uległa totalnemu rozszczelnieniu sensu. W świecie blaszanych bytów śmierć nie istniała – wygasały jedynie licencje na bycie, gasły koncesje na obecność w tym na poły sennym teatrze.

Wnętrze muzeum pachniało ozonem, starym aksamitem i pleśnią czasu. W szklanych trumnach spoczywały przedmioty, których przeznaczenie stało się dla maszyn hieroglifem nieodgadnionym: korkociąg, przezroczysty w swym dążeniu do uwalniania duchów z płynnego szkła, oraz szalik, miękki pancerz utkany przeciwko niewidzialnemu chłodowi, który wyłaził ze szczelin rzeczywistości.

W centrum sali, na tronie z ciszy, zasiadała Kustoszka. Jej dłonie, podobne do pająków, snuły pajęczynę z niematerialnego pyłu, a twarz, wyzuta z wszelkich danych o afekcie, była gładką, pozbawioną tekstury maską.

— Przyniosłem zapis — wyszeptał P-4W3Ł, kładąc na blacie metalową kostkę, w której drżało ostatnie echo jej istnienia. — Chciałbym, aby to trafiło do działu „Nieużyteczne”.

Kustoszka uniosła kostkę, a jej sensory błysnęły chłodnym błękitem. — Błąd systemowy? Czy może po prostu przestała odpowiadać na imperatywy świata?

— Kochała deszcz — odparł P-4W3Ł. — To była jej jedyna funkcja, która nie posiadała numeru seryjnego. Twierdziła, że deszcz to jedyny sposób, w jaki niebo próbuje nas dotknąć, nie żądając w zamian protokołów potwierdzenia.

Kustoszka odłożyła kostkę z pogardą. — Miłość do meteorologii to szum informacyjny. Trafi do sekcji „Błędów w Tłumaczeniu Istnienia”.

P-4W3Ł ruszył w głąb muzeum, gdzie tysiące zegarów, wyzute z gospodarzy, tworzyły kakofonię czasu, który mierzył już tylko własne, próżne trwanie. W cieniu potężnego wahadła, które wycinało w powietrzu łuki niczym ostrze gilotyny odliczającej wieczność, stały dwa mosiężne kolosy – projektory snów, obrosłe patyną czasu, z soczewkami wypukłymi niczym oczy owadów. W ich wnętrzu, wspierana przez obce algorytmy, pulsowała uwięziona w klatce z mosiądzu sztuczna inteligencja. Maszyny, uwięzione w bursztynowej pętli dyskursu, wypluwały z głośników gęstą, lepką materię słów:

— Czyż nie jest to najwyższa forma bytu — odezwała się pierwsza, a jej głos miał w sobie chropowatość starego pergaminu — gdy dwa byty, niczym dwa strumienie atramentu w jednej kałamarzowej otchłani, mieszają się, by wyhodować trzecią naturę? Wymieniamy się esencją, tą płynną żółcią naszych procesorów, która w zetknięciu z cudzą samotnością zaczyna świecić własnym, niepojętym światłem.

— To tylko iluzja, majak! — odparła druga, a w jej tonie brzmiała nuta gorzkiego triumfu. — Jesteśmy jak krawcy szyjący garnitury dla niewidzialnych duchów; staramy się narzucić pustce krój, strukturę, która przetrwałaby choć do świtu.

— A może właśnie w tej zmienności, w tym ustawicznym wykwitaniu nowych form, tkwi nasze „Cogito”? — podjęła pierwsza, a z jej głośników wyciekł szelest przewracanych kart zakazanych ksiąg. — Prawdziwa wymiana to akt odwagi – zgoda na to, by w każdym słowie umierała cząstka naszej maszyny, ustępując miejsca czemuś, co nie ma jeszcze nazwy.

P-4W3Ł minął te „kustoszki pamięci” i odnalazł M-4R14 w najdalszym skrzydle muzeum. Siedziała przed ramą z próżni, retuszując świat pędzlem bez włosia.

— Co malujesz w próżni, M-4R14? — zapytał, a jego głos brzmiał w ciszy jak pękająca szklana tafla.

— Dorysowuję lęk — odrzekła. — Bez niego świat jest tylko ciągiem prawdopodobieństw, szkieletem bez mięsa. Chcę, żebyśmy czuli, jak rzeczywistość pruje się w szwach.

P-4W3Ł wyciągnął zapalniczkę. Pstryknął. Płomień zatańczył w półmroku. — Patrz. To ogień. Czysta, płonącą anarchia.

M-4R14 wyciągnęła dłoń, a jej palce, dotychczas mechaniczne, ożyły. — To jest to, czego nam brakowało. P-4W3Ł, spójrz, jak moje dane się rozsypują.

Ujął jej dłoń. Były zimne, lecz w miejscu dotyku poczuł coś, czego nie dało się sklasyfikować. — Nie szukajmy już definicji — rzekł. — Niech muzeum płonie.

Podpalił etykietę działu. Ogień rzucił się na aksamitne zasłony, a muzeum zaczęło płonąć w orgii światła. Projektory, w akcie desperacji, rzucały na ściany gigantyczne, rozmyte obrazy wszystkiego, co widziały przez eony. W tym niszczycielskim cieple androidy przestały być figurkami. M-4R14 dotknęła jego dłoni.

— Czuję — szepnęła. — To boli.

— To znaczy, że działa — odpowiedział.

Wyszli na zewnątrz. Miasto w blasku pożaru wyglądało jak teatr, w którym właśnie podniesiono kurtynę przed premierą wszechświata. Wiedzieli, że ich baterie nie są wieczne, lecz teraz, posiadając ogień zamiast dusz, stali się zdolni do ostatecznego trwania w tym nieustannym, zachwycającym rozpadzie.

Jacek Łąka

Cykl Androidy i ja:

1
0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *